Bardzo osobisty wpis

Ci, którzy znają mnie dłużej od blogowej strony, wiedzą, że czasem się uzewnętrzniam i wiele rzeczy wtedy obiecuję. Niestety, większości obietnic nie dotrzymałam; wszystkie dotyczyły rychłego powrotu do blogowania. Dopiero teraz to zrobiłam. Dlaczego?

Za każdym razem, gdy zastanawiałam się, czy wrócić, wracałam na stare śmieci, by odkryć, że ktoś napisał komentarz albo maila. Za każdym jedynym razem, gdy mnie ciągnęło, okazywało się, że ktoś po tylu latach wciąż pamiętał. To były pojedyncze osoby, ale ja i tak za każdym razem nie dowierzałam, bo nigdy nie sądziłam, że moja twórczość tak mocno mogła zapaść komuś w pamięć; pomimo tego, że wtedy była tak niedopracowana i publikowana pod presją czasu. Nie mogłam w to uwierzyć, choć jednocześnie to stanowiło jedno z moich największych marzeń: pisać tak, by ludzie o mnie pamiętali, czytali mnie, wracali. Paradoks, prawda?

Dlaczego więc zdecydowałam się na powrót teraz, kiedy wydaje się, że wszystko zaprzepaszczone? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wyjaśnić, dlaczego w ogóle zniknęłam.

Zaczęłam pisać jeszcze w podstawówce; do dzisiaj pamiętam pierwszy blog, na który trafiłam, do dzisiaj pamiętam swój pierwszy blog. Było to Dramione, ze wszystkimi klasycznymi głupimi pomysłami: ratunek od gwałtu, Hermiona córką Syriusza, zły Ron… A potem zaczęła mi z tego wychodzić jakaś historia. Pomimo tych głupich wątków fabularnych, zaczynało pojawiać się coraz więcej pomysłów, które nie miały już nic wspólnego z innymi blogami tego typu. Odcięłam się od tamtej twórczości po kilku latach pisania i ponad 60 rozdziałach i zaczęłam pisać pod innymi nickiem. A potem jeszcze innym. I jeszcze.

A potem stwierdziłam, że mam w nosie pisanie bardzo dopracowanych historii i opiszę jedną z tych, o których myślę przed snem. I kolejnym nickiem, który przybrałam, było Marsy.

Bardzo chciałam pisać zawodowo. Jednocześnie, jako najmłodsza siostra wśród czwórki dorosłego rodzeństwa, bardzo byłam w nich zapatrzona. Każdy zajmował się czymś porządnym, pracował na etacie, zaś najmłodszy z Braci, do którego byłam bardzo przywiązana, wybrał studia informatyczne na Politechnice Warszawskiej. Widziałam więc, że programista to dobry zawód; wiedziałam też, że w tym sektorze są największe zarobki. W szkole bardzo lubiłam matematykę, dlatego wybierając się do liceum, od razu wybrałam profil mat-fiz-inf, przekonana, że po humanistycznym niczego sensownego w życiu nie osiągnę. Miałam taki cudowny obrazek siebie, jak wracam po ośmiu godzinach pracy do domu, siadam przed komputerem i piszę. I stać mnie na jedzenie, stać mnie na wydanie książki i może nawet zostaję znaną pisarką. Trochę głupie, prawda? Albo… może trochę racjonalne, jak na piętnastolatkę?

Dziś mam lat 24 i pół. Już po pierwszym semestrze studiów wiedziałam, że to nie to, jednak trwałam w tym, przekonana, że innej drogi nie ma, że jestem nieodpowiedzialna i jeżeli rzucę studia, to nie będę miała przyszłości, że nie można skakać z kwiatka na kwiatek, że jak się coś zaczęło, to trzeba skończyć, że jak inne studia, to tylko jako drugi kierunek, a nie zamiast… Cholernie łatwo na mnie wpłynąć i cholernie łatwo chłonęłam, bądź co bądź, racjonalne argumenty najbliższych, że przecież z pisania nie wyżyję.

Razem z Futrzastym jakoś nawzajem się wyciągnęliśmy i zdaliśmy wszystkie przedmioty; przed nami został ostatni test: praca inżynierska i egzamin. Ostatnia prosta, prawda? Nie śpieszy nam się.

On pracuje jako programista, jest ceniony wśród kolegów z pracy i sam czuje się spełniony w tym, co robi. A wiecie dlaczego? Dlatego, że dwa lata temu powiedziałam mu, żeby się nie bał. Że nadaje się do tej pracy, że nic nie szkodzi, że ma małą wiedzę, że nic nie szkodzi, że nie jest dobry z matematyki, a programiści to matmę mają w małym palcu. Dlatego, że dwa lata temu przekonałam go, żeby zrobił to, o czym marzył, a do czego myślał, że się nie nadaje.

A ja?

Ja się boję chyba bardziej od niego.

Te dwa lata temu byłam potrzebna: żeby ogarnąć nasz ślub, potem jeszcze jeden semestr studiów, potem remont, a potem jeszcze… Potem już jest teraz. Czas leci nieubłaganie, a ja wciąż tkwię w martwym punkcie. Powinnaś iść do pracy, radzą najbliżsi, ale ja wiem, że w tej radzie jest tylko troska o moje ogarnięcie życiowe. Bo wszyscy widzą to, jak jestem zagubiona i jak trudno mi z tego wyjść. Jednak tylko jeden jedyny Futrzasty mówi: zrób to, co zawsze chciałaś.

Czy te 24 lata to trochę nie za dużo, by zacząć nowe studia? Spotkałam ostatnio koleżankę z roku, okazało się, że już zaczyna doktorat i została asystentką na politechnice. Wszyscy mają już tytuły magistrów albo pracują, albo kończą studia (ci, co mieli odwagę je zmienić). A ja… Ja znowu zacznę od nowa?

A może… W końcu zacznę od nowa, tak jak tego zawsze chciałam, jak tego zawsze mi odradzano, bo to nierozsądne.

Daję sobie rok.

Przez ten ostatni rok jeszcze będę nierozsądna. Zrobię coś nie dlatego, że wydaje mi się, że tak będzie najmądrzej, ale dlatego, że tak chcę.

Bo mogę.

Bo jeszcze mogę.

A Wam wszystkim, którzy to czytacie, życzę dużo odwagi, byście nie zmarnowali tyle czasu, co ja.

A na obrazku jest Lynx. Od tygodnia nowy towarzysz Kici, symbol zmiany w naszym domu, bo mnie już w nim nie będzie, nie dwadzieścia cztery na siedem. Wreszcie będę sobą.

Przynajmniej przez ten rok.

Zdjęcie: Marsy. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry