Czekolada deserowa – rozdział 2.

Ludzie stukający się kieliszkami to ilustracja 2 rozdziału powieści Czekolada deserowa

Sabat

Pierwsza noc spędzona w innym łóżku, w całkiem nowej pościeli wciąż pachnącej sklepem, o dziwo, nie była bezsenna. Gdy się obudziłam, słońce świeciło już od dawna, a mojej współlokatorki nie było. Spojrzałam nieprzytomnie na zegarek. Dziesiąta. Mogłam się spodziewać, że Paulina woli wcześniej wstawać. Przetarłam oczy i powoli podniosłam się z łóżka. Wciąż lekko nieprzytomna otworzyłam walizkę – nie zdążyłam jeszcze wyciągnąć z niej rzeczy – i chwyciłam pierwszą lepszą koszulkę, spodenki i bieliznę. Tak przygotowana udałam się do łazienki. Całe szczęście, że każdy z pokoi miał własną.

Cyntia – część 3.

Zamek to ilustracja do 3 części opowiadania fantasy Cyntia

Wiele razy od tego czasu pytałam ojca, kim była moja matka. Tłumaczyłam mu, że Edward uczy mnie teraz o rozmnażaniu i bardzo zaciekawiła mnie czysto przyrodnicza strona mojego pochodzenia.

Za każdym razem wymawiał się inaczej.

Nie pamiętał, nie chciał pamiętać. Matka została wypędzona, zmarła. Była pięknością, która błyszczała przy nim; była nędzarką, która pragnęła jego towarzystwa i się nad nią ulitował… Teorii było mnóstwo, jakby całkiem zapominał, że pytanie o matkę już padało i wtedy odpowiadał w inny sposób. Nikt z dworu – a właściwie nikt z garstki osób, które mogłam zapytać o matkę, nie znał kobiety, która mnie urodziła. Co śmieszniejsze, nikt też nie pamiętał, w jaki sposób ja pojawiłam się u boku króla. Po prostu pewnego dnia ojciec przedstawił mnie jako swoją córkę i tak już zostało – nikt nie zadawał zbędnych pytań. Pan Bartłomiej twierdził, że za tym zanikiem pamięci stoi coś więcej niż tylko ludzka niedoskonałość. Miał teorię, że to właśnie dzięki matce w moich żyłach płynęła krew Julianów, a skoro moja rodzicielka miała tak szlachetne korzenie, musiała umieć posługiwać się magią. Szczerze mówiąc, nie miało to wtedy dla mnie większego znaczenia.

Cyntia – część 2.

Otwarta książka to ilustracja do 2 części opowiadania fantasy Cyntia

Miałam trzynaście lat, kiedy to wszystko się zaczęło. Zdążyłam wtedy już prawie zapomnieć o Albercie i przestać unikać pana Bartłomieja. Choć biblioteka nie była już tą samą ostoją, co wcześniej, wciąż przesiadywałam tam godzinami, wertując różne księgi. W jednym byłam konsekwentna – zawsze starannie omijałam regał trzydziesty piąty.

Ta noc była inna. Pierwszy raz od dwóch lat zdarzyło mi się zostać w bibliotece już po zachodzie słońca. Zaczytałam się w książce o Arbasie, naszej stolicy, gdzie autor bardzo ciekawie opisał topografię miasta. Dowiedziałam się wtedy, że Mały Plac, jak go wszyscy nazywali, stanowił geograficzny środek osady, którą założono i wokół którego się ona rozrastała. Była to ciekawostka, która na długo zapadła mi w pamięć.

Gdy skończyłam czytać i zorientowałam się, jak późna jest pora, zaczęłam szybko szykować się do wyjścia. Podejrzewałam, że bibliotekarz najzwyczajniej w świecie przegapił mój pojedynczy świecznik stojący na stoliku znajdującym się między dalszymi regałami; nie przypuszczał, że mogłam nie zdążyć wyjść. Zebrałam więc wszystkie swoje rzeczy – kilka piór, kartek i książek – do płóciennej torby i powstałam pośpiesznie z krzesła. Chciałam chwycić w swoją dłoń świecznik i udać się do wyjścia… Silne pociągnięcie w tył, obca, brudna dłoń na ustach i za chwilę smak bólu i krwi zmieszał się z fetorem starej szmaty brutalnie wepchniętej między moje wargi. Ręce zostały wygięte w tył, a zaraz potem przeszył mnie chłód ostrego narzędzia na moim gardle.

Przewiń do góry