Czekolada deserowa – rozdział 1.

Zdjęcie: wykorzystane na podstawie licencji CC0.

Nowy dom

Wbiłam swój wzrok w lekko drżące ze zdenerwowania ręce, które obejmowały wysoką szklankę z sokiem. Zdawałam sobie sprawę z tego, że powinnam choć trochę zapanować nad swoją nieśmiałością, ale nie potrafiłam. Po prostu w tym momencie było to zadanie ponad moje siły.

– Widzisz, co zrobiłaś, głupia? Wystraszyłaś to biedne, niespokojne dziecko jeszcze bardziej.

W głosie dziewczyny, która przedstawiła się jako Elwira, brzmiało rozbawienie pomieszane z pogardą. Nie miałam wątpliwości co do tego, że to drugie uczucie dotyczy mnie. Poczułam się jeszcze mniej pewnie i zapragnęłam schować się pod stół, lecz rozsądek szybko odrzucił ten pomysł. Zrobiłabym z siebie większą idiotkę niż do tej pory.

Jakieś pół godziny wcześniej przekroczyłam próg tego domu, mając w ręce tylko jedną walizkę – a w niej cały swój dobytek. Bynajmniej jednak okoliczności tego wydarzenia nie były tak dramatyczne, jak mogłoby się wydawać. Agata z ojcem nie wyrzucili mnie z domu, przynajmniej nie wprost – to była moja własna decyzja, tylko trochę narzucona przez Patryka. No dobrze, może nie trochę… Zresztą, tak prawdę mówiąc, nie wiem, co tu robiłam.

Czekolada deserowa – prolog

Para młoda podczas wesela to ilustracja prologu romansu fantasy pt. Czekolada deserowa

Ślub

Szalona noc. Z niebem, na którym widniało tysiące migoczących gwiazd wraz z niezwykle jasnym księżycem w pełni; wypełniona zapachem lata, duszącą mieszanką damskich i męskich perfum oraz smrodem papierosowego dymu; pozbawiona akompaniamentu cykad, za to zagłuszona rytmem disco polo przerywanego pijackimi przyśpiewkami. Kwintesencja polskiego wesela.

Nawet moja romantyczna dusza nie potrafiła cieszyć się szczęściem państwa młodych. Pragnęłam nabrać dystansu do tego, co działo się w pałacyku znajdującym się kilkadziesiąt metrów dalej; skupić na gwiazdach i beztroskiej radości z najdłuższych w życiu wakacji, jednak było to niemożliwe z jednego, prostego powodu: to wesele mojego ojca. Nieważne, jak bardzo go nie chciałam… Osiem godzin wcześniej w lukę pozostawioną przez mamę wpasowała się całkiem obca kobieta. Mnie bardziej odpowiadało określenie wepchnęła się, gdyż w zbyt wielu miejscach zdecydowanie odstawała – jednak najwidoczniej, według taty, wypełniła ją idealnie. Dlatego właśnie siedziałam tutaj: na ławce w przypałacowym parku, ze szklanką wypełnioną whisky w ręce, próbując bezskutecznie odciąć się od tego wszystkiego.

Cyntia – część 1.

Tajemnicza kobieta to ilustracja do 1 części opowiadania fantasy "Cyntia"

Gdyby ktoś mnie teraz zapytał, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej, nie wiem, czy potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Albo, po prostu, sama nie chciałam tego wiedzieć…

Być może był to wpływ ludzi, którzy mnie otaczali, poglądy, które próbowali mi narzucić; może moja zwykła młodzieńcza ciekawość i odrobina spóźnionego buntu; a może po prostu nigdy nie potrafiłam ojcu wybaczyć tego, że nie tylko nie poznałam matki – ale też tego, co się z nią stało. Najsmutniejszym chyba jest, że on nawet nie próbował ukrywać swojego lekceważenia wobec moich pytań. Za każdym razem inaczej na nie odpowiadał, a gdy zwracałam uwagę na to, że ostatnim razem mówił co innego, wzruszał ramionami i powtarzał, że to nie ma znaczenia. Matka zmarła podczas porodu, została wygnana za niewierność, stracona za zdradę, podrzuciła mnie do bram zamku i odeszła, uciekła z kochankiem… Powodów jej nieobecności było mnóstwo. Nigdy nie dowiedziałam się, który był prawdziwy.

Nie tęskniłam. Jedynym, co mną kierowało, gdy o nią pytałam, była ciekawość. Wiedziałam, że inne dzieci mają dwoje rodziców, że moje piastunki są matkami – ale stanowiło to dla mnie swoistą abstrakcję. Na co komu jeszcze żeński odpowiednik ojca? Wystarczało mi, że musiałam realizować jego chore ambicje i spełniać wydumane wymagania… Choć, będąc szczerą, muszę przyznać, że może nie potrafiłam do końca spojrzeć na sprawę obiektywnie. Wszak moim ojcem był sam Brunon Krwawy – władca Koladii; uzurpator, który wiele lat wcześniej bezprawnie pozbawił władzy prawowitego króla; tyran i dyktator, którego bali się wszyscy w tej małej krainie.

A ja, jako jego jedyne dziecko, byłam przeznaczona, by objąć po nim tron.

Zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo nienawidził faktu, że urodziła mu się córka. Pragnął syna, który z pewnością byłby silniejszy psychicznie oraz fizycznie od marnej białogłowy. Kobiety cechowała wrażliwość, delikatność i przesadna uczuciowość, a jeszcze na dodatek co miesiąc krwawiły, mdlejąc i gorączkując – co stanowiło o tym, że były użyteczne tylko do celu prokreacji. Niestety jednak dla ojca, stał się on bezpłodny w wyniku obrażeń poniesionych podczas jednej z walk – i dlatego za dziedziczkę swojego zbroczonego krwią tronu musiał uznać mnie. Nigdy nie miałam prawa do typowo dziewczęcych zachowań. Jak mężczyźni nosiłam spodnie, byłam szkolona w walce i edukowana w zakresie prawa, geografii, historii, matematyki, ekonomii oraz odkrywano przede mną tajniki sztuki dyplomacji.

Tylko jednego nikt nie był w stanie mi wyszkolić; jednego nauczyłam się sama: rozumować.

Na imię dano mi Cyntia i zostanie ono zapamiętane na zawsze.

Przewiń do góry