Cyntia – część 1.

Tajemnicza kobieta to ilustracja do 1 części opowiadania fantasy "Cyntia"

Gdyby ktoś mnie teraz zapytał, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej, nie wiem, czy potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Albo, po prostu, sama nie chciałam tego wiedzieć…

Być może był to wpływ ludzi, którzy mnie otaczali, poglądy, które próbowali mi narzucić; może moja zwykła młodzieńcza ciekawość i odrobina spóźnionego buntu; a może po prostu nigdy nie potrafiłam ojcu wybaczyć tego, że nie tylko nie poznałam matki – ale też tego, co się z nią stało. Najsmutniejszym chyba jest, że on nawet nie próbował ukrywać swojego lekceważenia wobec moich pytań. Za każdym razem inaczej na nie odpowiadał, a gdy zwracałam uwagę na to, że ostatnim razem mówił co innego, wzruszał ramionami i powtarzał, że to nie ma znaczenia. Matka zmarła podczas porodu, została wygnana za niewierność, stracona za zdradę, podrzuciła mnie do bram zamku i odeszła, uciekła z kochankiem… Powodów jej nieobecności było mnóstwo. Nigdy nie dowiedziałam się, który był prawdziwy.

Nie tęskniłam. Jedynym, co mną kierowało, gdy o nią pytałam, była ciekawość. Wiedziałam, że inne dzieci mają dwoje rodziców, że moje piastunki są matkami – ale stanowiło to dla mnie swoistą abstrakcję. Na co komu jeszcze żeński odpowiednik ojca? Wystarczało mi, że musiałam realizować jego chore ambicje i spełniać wydumane wymagania… Choć, będąc szczerą, muszę przyznać, że może nie potrafiłam do końca spojrzeć na sprawę obiektywnie. Wszak moim ojcem był sam Brunon Krwawy – władca Koladii; uzurpator, który wiele lat wcześniej bezprawnie pozbawił władzy prawowitego króla; tyran i dyktator, którego bali się wszyscy w tej małej krainie.

A ja, jako jego jedyne dziecko, byłam przeznaczona, by objąć po nim tron.

Zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo nienawidził faktu, że urodziła mu się córka. Pragnął syna, który z pewnością byłby silniejszy psychicznie oraz fizycznie od marnej białogłowy. Kobiety cechowała wrażliwość, delikatność i przesadna uczuciowość, a jeszcze na dodatek co miesiąc krwawiły, mdlejąc i gorączkując – co stanowiło o tym, że były użyteczne tylko do celu prokreacji. Niestety jednak dla ojca, stał się on bezpłodny w wyniku obrażeń poniesionych podczas jednej z walk – i dlatego za dziedziczkę swojego zbroczonego krwią tronu musiał uznać mnie. Nigdy nie miałam prawa do typowo dziewczęcych zachowań. Jak mężczyźni nosiłam spodnie, byłam szkolona w walce i edukowana w zakresie prawa, geografii, historii, matematyki, ekonomii oraz odkrywano przede mną tajniki sztuki dyplomacji.

Tylko jednego nikt nie był w stanie mi wyszkolić; jednego nauczyłam się sama: rozumować.

Na imię dano mi Cyntia i zostanie ono zapamiętane na zawsze.

***

Beatrycze… Zawsze się będzie kojarzyć z uśmiechniętą twarzą mojej piastunki. Beatrycze była pogodna i miała niesamowity dar opowiadania; tylko te wspomnienia pozostały w mojej głowie: jej łagodny uśmiech i baśnie, niesamowite baśnie, zwłaszcza te o Herosach, odważnych i dobrych bohaterach, którzy chronili świat przed złem.

Miałam pięć lat, gdy zdecydowałam się podzielić z ojcem tymi opowieściami. Nie pamiętam, co mną wtedy kierowało – wiem, że wtedy jeszcze on był dla mnie tylko jednym z wielu ludzi, którego kazali tytułować w taki, a nie inny sposób, a ja nie rozumiałam, co to oznacza. Tak więc opowiedziałam mu swoją ulubioną baśń – tę, w której Herosi zakładają nową osadę w centrum nowo odkrytej krainy i nazywają ją Arbas: identycznie jak miasto, gdzie mieszkaliśmy. Do dzisiaj pamiętam gniew i niesamowitą furię, w jaką wpadł; jak przerażona jego nagłą zmianą zachowania, zaczęłam płakać, a on nie zwracał na mnie uwagi, miotając się w te i we wte w amoku. Pamiętam, że chciałam uciec, znaleźć się w ramionach Beatrycze, która by mnie przytuliła i opowiedziała kolejną baśń, a ja bym zapomniała o swoich troskach.

Już nigdy nie było dane mi to zrobić.

Beatrycze zniknęła, a ja nie wiedziałam czemu. Przyszła nowa opiekunka, która już nie potrafiła snuć mi opowieści, dlatego nie pogodziłam się z odejściem mojej ukochanej piastunki. Miałam do niej ogromny żal, że zniknęła… Ale nadszedł też moment, kiedy zrozumiałam, że Beatrycze nie porzuciła mnie z własnej woli. Przechodząc kiedyś korytarzem obok komnat ojca, usłyszałam brzdęk tłuczonego szkła i krzyk. Przestraszyłam się, bo znałam już ten odgłos. Ruszyłam w stronę uchylonych drzwi i ujrzałam go, miotającego się w furii. Rozgrywała się scena, której byłam już świadkiem – a tamto wydarzenie na nowo rozgorzało w moim umyśle. Chciałam uciec, znów przestraszona tym widokiem, ale zauważyłam, że ojciec nie przebywał sam w pokoju – obok niego stał Pan Generał, jak mi go kazano nazywać. Pan Generał był człowiekiem bardzo surowym i wiem, że zawsze się go bałam, bo nigdy się nie uśmiechał i patrzył na mnie w taki sposób, że czułam niepokój – wiele lat później zrozumiałam, że w jego wzroku było po prostu wiele pogardy, której nie mogłam znieść. Pamiętam, że zdziwiłam się, bo pierwszy raz w życiu zobaczyłam, że Pan Generał jest przestraszony. Zaciekawiło mnie to i ta ciekawość przezwyciężyła strach spowodowany zachowaniem ojca – nie rozumiałam, dlaczego mężczyzna, który sam budził przerażenie, truchlał przed nim. Więc zostałam. Usłyszałam wiele słów, których znaczenia nie znałam, ale te najważniejsze pojęłam: ojciec kazał zabić Borysa. Borys, jako najlepszy przyjaciel, właściwie zawsze był widywany w jego towarzystwie, dlatego nie potrafiłam pojąć, co mogło stanowić przyczynę rozkazu. Znaczenie słowa zabić znałam doskonale, wszak moi ukochani Herosi w baśniach opowiadanych przez Beatrycze zabijali złoczyńców – więc nie mogłam opacznie zrozumieć jego zamiarów. Uciekłam spod drzwi, zanim zostałam dostrzeżona, a potem każdego dnia próbowałam znaleźć Borysa: na próżno. On zniknął, a jego miejsce zajął inny mężczyzna, zaś ojciec nigdy się nawet nie zająknął na temat tej dziwnej zmiany.

Wtedy pojęłam, że pierwszy wybuch gniewu, którego doświadczyłam, był przyczyną zniknięcia Beatrycze. Moja piastunka mnie nie opuściła – to on ją zabił.

Zrozumiałam, że ojciec oznacza kogoś, komu nie można ufać. Kogoś, kto zabiera bliskich.

Kogoś, kogo należy oszukiwać.

***

Albert był siwym staruszkiem, który nosił długie włosy i brodę. Jako małe dziecko lubiłam się nimi bawić, lecz dość szybko pojęłam bezsens tej rozrywki. To dzięki niemu zrozumiałam, że najlepszym lekarstwem na nudę jest wiedza – jej głód rósł we mnie z każdym dniem aż w końcu nauka stała się moim najważniejszym celem. Byłam bardzo pojętną uczennicą, którą nauczyciele wciąż chwalili przed ojcem, ale mi wciąż było mało; spędzałam całe dnie w bibliotece – nie raz zdarzało się, że niemalże siłą zaciągano mnie na spoczynek… Aż wreszcie doszło do tego, że nocami zaczęłam wymykać się do tej najcenniejszej skarbnicy, którą tak mało osób było w stanie docenić. Trudno uwierzyć, że to wszystko zdarzyło się, gdy miałam mniej niż dwanaście lat…

– Czasem mi się wydaje, moja pani, że cię nudzę.

Nauczyciel historii odchylił się na krześle, spoglądając na mnie znad swoich okularów. Albert zawsze starał się mnie rozśmieszyć, ale nigdy mu się to nie udawało. Pomimo sentymentu do jego brody i mojego podziwu dla jego wiedzy, zawsze trudno było mi czuć do niego sympatię. Owszem, zdawał się odgrywać rolę dobrotliwego staruszka, w którą wszyscy wierzyli, ale ja jedna nie byłam do niej przekonana. Uśmiechał się pogodnie, cieszył dużym szacunkiem i stanowił obiekt uwielbienia wielu ludzi, jednak ja wiedziałam, że mnie – akurat mnie – nienawidzi. To mocne słowa, jak na dziecko, niemniej jednak potrafiłam bez problemu rozpoznać to uczucie. Wzrok, którym na mnie spoglądał, kiedy myślał, że nie patrzę, sztuczność w jego głosie, gdy mnie chwalił – której nikt, poza mną, nie był w stanie usłyszeć! – i to napięcie, które przechodziło przez jego twarz, gdy mi się przyglądał, nie myliły. Wspaniały Albert, nadworny historyk, przyjaciel ludu – nienawidził mnie. Nie rozumiałam, czym zasłużyłam sobie na takie wyróżnienie z jego strony, ale nie dopytywałam – ba! W ogóle nie dawałam po sobie poznać, że go rozszyfrowałam, udając, że wierzę jego przejrzystemu, pogodnemu spojrzeniu. W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób czułam, że nadejdzie kiedyś moment, kiedy wszystko się wyjaśni.

– Za niedługo prześcigniesz mnie wiedzą – stwierdził żartobliwie.

Potrząsnęłam głową i prześlizgnęłam się wzrokiem po masywnych regałach wypełnionych książkami. Znajdowaliśmy się w jednym z przejść między nimi – dokładnie między dwudziestym pierwszym a dwudziestym drugim – dlatego naokoło nie było nic widać poza drewnianymi półkami uginającymi się od woluminów.

– Przewertowałaś już niemalże całą bibliotekę – Albert po raz kolejny spróbował zagaić rozmowę.

Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc tych komentarzy.

– Wcale nie – zaprzeczyłam stanowczo. – Przeczytałam zaledwie niewielką część… – zawiesiłam głos, przypomniawszy sobie jeden szczegół. – Ostatnio natrafiłam na błąd! – oznajmiłam żywiej, znalazłszy w końcu temat do rozmowy.

Krzaczaste brwi Alberta podjechały do góry, a on uśmiechnął się szerzej, słysząc entuzjazm w moim głosie.

– Słucham cię zatem, moja pani.

– Ostatnio, gdy przeszukiwałam dział z najstarszą historią Koladii, odkryłam, że książki są źle skatalogowane – opowiedziałam na jednym wydechu, czując coraz szybsze bicie serca.

Uwielbiałam wynajdywać takie szczegóły – a każdy z nich sprawiał, że czułam, jakbym wygrała jakąś batalię z nieznanym mi wrogiem. Wyrwane kartki, zła kolejność woluminów na półce, poplamiona książka, rozdarta okładka… Każdy taki drobiazg stanowił o tym, że ktoś nie wykonał należycie swojej pracy – a tym, kto to wychwycił, byłam ja. Czułam wtedy niesamowitą satysfakcję, zupełnie jakbym okazała się w czymś od kogoś lepsza… Wspaniałe uczucie.

Źle skatalogowana książka była swoistym rarytasem – pierwszy raz natrafiłam na coś takiego. Ogarnęło mnie podniecenie na myśl, że bibliotekarz mógł się aż tak pomylić i nie mogłam się doczekać lekcji z Albertem, aby mu o tym powiedzieć. Pomimo swojej niechęci, musiałam przyznać jedną rzecz – on był jedyną osobą, której mogłam o tym powiedzieć i która zdawała się mnie rozumieć w tej kwestii. Niestety, w tamten dzień moja lekcja z niejasnych powodów została odwołana i przesunięta dopiero na dzisiaj.

Tym razem jednak na twarzy mojego nauczyciela nie pojawiło się zrozumienie, lecz całkiem inne uczucie: niepokój. Przemknął przez jego twarz niczym cień – na jeden moment w jego oczach pojawił się strach, zacisnął mimowolnie zęby i chwycił się stołu, jakby bojąc się, że upadnie – a sekundę później próbował zrobić znaną mi minę. Tym razem jednak gra aktorska znacznie mniej mu się udawała – mrugał wciąż prawym okiem, jakby miał jakiś tik, zaś uśmiech bardziej przypominał grymas.

– Co masz na myśli? – zapytał, a ten głos nie należał do pogodnego Alberta; przywodził raczej na myśl tych, których ojciec oskarżał o zdradę, a oni się rozpaczliwie bronili, choć wiedzieli, że już nic nie jest w stanie ich uratować.

W pierwszej chwili nie wiedziałam, jak zareagować na tę zmianę zachowania, ale potem zrozumiałam, że nie mogę dać mu poznać, że coś zauważyłam. Mój entuzjazm z powodu znalezionego błędu opadł, pojawiła się za to niepohamowana ciekawość tego, co spowodowało reakcję Alberta. Doskonale wiedząc, jak ukryć tę emocję, udawałam, że nie widzę, co się z nim dzieje.

– Zainteresowały mnie najstarsze książki na temat początków Koladii i Arbasu. Czytałam o założeniu innych miast w naszej krainie i wtedy uświadomiłam sobie, że przecież nic nie wiem o naszym domu, naszej stolicy – opowiadałam z zapałem.

Nie udawałam. Ten temat naprawdę żywo mnie interesował i na jeden moment zapomniałam o nietypowym zachowaniu mojego nauczyciela.

– Od bibliotekarza dowiedziałam się, że interesujące mnie pozycje znajdują się na trzydziestym piątym regale – kontynuowałam swoją opowieść. – Udałam się tam i zaczęłam szukać poszczególnych woluminów. Wyobraź sobie, Albercie, że nigdzie nie było części siódmej! Gdy powiedziałam o tym panu Bartłomiejowi, ten się zmieszał i powiedział, że najwidoczniej ktoś źle ponumerował poszczególne części. Rozumiesz? Ktoś pomylił się przy liczeniu do dziesięciu! – oznajmiłam triumfalnie.

Na czole Alberta pojawiła się pojedyncza zmarszczka i zaraz zniknęła. Jego wzrok prześlizgnął się po mnie, ale wiedziałam, że w ogóle mnie w tym momencie na mnie nie patrzył – myślami był bardzo daleko. Odchrząknął, zastanawiając się, co mi odpowiedzieć i nabrał powietrza w płuca.

Czekałam z niecierpliwością na odpowiedź. Podwójna ciekawość zżerała mnie od środka – chciałam wiedzieć, dlaczego książki zostały źle skatalogowane i dlaczego jego reakcja tak odbiega od normalności. Czułam, jak mocno bije moje serce; nasze spojrzenia na chwilę się spotkały i udzielił mi się jego niepokój. Nie miałam pojęcia, czego Albert bał się w tamtej chwili, ale naraz poczułam, że zaczynam lękać się równie mocno, co on. Nie mogąc wytrzymać jego wzroku, odwróciłam głowę, udając, że stojący obok regał jest bardziej interesujący niż to, co działo się między nami.

– Tak, moja pani, Bartłomiej miał rację. Książki zostały źle ponumerowane, a ty, dzięki swej przenikliwości to odkryłaś – powiedział w końcu, nawet nie próbując udawać uznania.

Poczułam rozczarowanie. Rozlało się we mnie, sprawiając, że na moment opadły nawet moje ręce, które dotąd kurczowo ściskały stół – a nie byłam tego świadoma.

I tylko tyle? Tylko tyle był w stanie powiedzieć?!

Popatrzyłam na niego z nieukrywanym żalem i wstałam od stołu.

– Lekcja skończona, Albercie – rzekłam, rozgoryczona jego słowami.

Skinął głową, jakby rozumiejąc moje uczucia i również podniósł się z krzesła.

– Uważaj na siebie, moja pani – powiedział jeszcze, gdy się odwróciłam i ruszyłam między regałami w stronę wyjścia z biblioteki.

Nie dałam po sobie znać, że usłyszałam jego słowa. Chciałam jak najszybciej uciec od niego, by móc w spokoju zastanowić się nad tym, co tu miało miejsce. Zawsze wiedziałam, że Albert coś przede mną ukrywa, zaś dzisiaj po raz pierwszy mogłam zobaczyć to tak wyraźnie. Czułam, że przed momentem byłam zaledwie krok od rozwiązania pewnej zagadki i tylko jedna chwila zaważyła na tym, że nie dane będzie mi jednak jej rozwikłać. Nie potrafiłam się z tym pogodzić.

Nie zwracając uwagi na otoczenie, wróciłam do swojej komnaty i przysiadłam na łóżku. Spojrzałam za okno: dzień chylił się już końcowi, pomarańczowe słońce chowało się już za horyzontem. Tak bardzo chciałabym móc znaleźć się w miejscu, gdzie dotyka ono ziemi… Niemniej jednak wiedziałam, że to niemożliwe. Słońce było bardzo daleko, a ja następnego dnia miałam mieć zajęcia z geografii. Przez moment przyszło mi przez myśl, że to Dariusza mogłabym zapytać o ten dziwny błąd przy katalogowaniu, lecz szybko porzuciłam ten pomysł. Ten nauczyciel nie będzie potrafił docenić moich zdolności – i na pewno nie pomoże mi przy rozszyfrowaniu zachowania Alberta. Co więc miałam robić?

Wpatrzyłam się intensywniej w miejsce, gdzie znikało słońce, próbując wymyślić rozwiązanie. Czego mógł się bać nadworny historyk?

Cóż, tym, co najlepiej znał, były przecież dzieje naszej krainy. A pewien znajomy, melodyjny głos, który dawno temu opowiedział mi wiele pięknych historii, lubił powtarzać, że to, co chcemy poznać najdokładniej, jest tym, czego się najbardziej lękamy. Nigdy nie rozumiałam tych słów – tak jak wielu innych, które wypowiedziała Beatrycze – ale w tej chwili tak mocno dźwięczały mi w głowie, że nie potrafiłam ich porzucić. Może tkwiło w nich ziarno prawdy? Tylko… Tylko skąd ja to mogłam wiedzieć? I czemu prawdziwe dzieje Koladii miałyby być przerażające? Przecież od wieków wiadomo, że nasza kraina została stworzona przez Julianów, których jestem potomkinią…

Chyba że to nie była prawda.

Ta jedna, prosta myśl zelektryzowała mnie na chwilę. Na jeden moment zabrakło mi tchu, a potem wypuściłam gwałtownie powietrze, oburzona samą sobą – oburzona tym, że mogłam wymyślić coś tak absurdalnego. Przecież mój ojciec mój prawowitym władcą Koladii, a ja jego prawdziwą córką!

Ale czy na pewno?

Wątpliwości znów mnie ogarnęły i tym razem nie potrafiłam pozbyć się ich tak szybko. Może faktycznie istnieje coś, co jest przede mną ukrywane, może ta tajemnica jest tym, czego Albert się boi… I może też jest powodem, dla którego mnie nienawidzi?

Czułam, że pytania się mnożą, a ja nie potrafiłam znaleźć na żadne odpowiedzi. Im dłużej nie potrafiłam znaleźć kontrargumentów, tym bardziej uświadamiałam sobie, jak duże luki są w mojej wiedzy. Przecież w żadnej z książek nie przeczytałam ani o sobie, ani o ojcu. Przecież nie natrafiłam na informację, jakoby na tronie mogła zasiąść córka władcy, tym bardziej z nieprawego łoża. Przecież nawet nie wiem, jak powstała stolica, moje rodzinne miasto, kochany Arbas!

Z rosnącą z każdą chwilą ilością wątpliwości nie potrafiłam sobie samej poradzić – potrzebowałam pomocy. Wiedziałam, że jej jedynym źródłem mogły być książki.

Tej nocy czekała mnie kolejna potajemna wyprawa do biblioteki.

Gdy szłam ciemnym korytarzem, towarzyszyły mi inne uczucia niż zawsze. Tak jak zazwyczaj czułam podniecenie na myśl, że wymykam się spod narzuconej kontroli, tak teraz nie potrafiłam znaleźć w sobie entuzjazmu. Byłam raczej smutna niż szczęśliwa, przestraszona niż podekscytowana, zaniepokojona niż pewna… Pierwszy raz tak naprawdę nie chciałam znaleźć się w bibliotece – pierwszy raz naprawdę musiałam.

Stanąwszy w końcu przed wejściem, popchnęłam drzwi, które zaskrzypiały głośniej niż zazwyczaj. Serce biło mi tak mocno, jakby za chwilę miało wyskoczyć, ale byłam zbyt uparta, by poddać się chęci zawrócenia. Nie potrafiłam porzucić raz powziętego postanowienia, a kilka godzin wcześniej obiecałam sobie, że rozwiążę tę zagadkę. Nie mogłam zawieść samej siebie.

Biblioteka była ciemna i pusta, jak zwykle o tej porze. W powietrzu unosił się zapach starych książek i wypalonego wosku – zapewne zaledwie jeszcze parę chwil wcześniej był tutaj bibliotekarz. Weszłam powoli do pomieszczenia, bo po raz pierwszy napawało mnie grozą. Czy zawsze to miejsce nocą było tak zimne i nieprzyjazne jak teraz?

Zamknąwszy za sobą drzwi, ruszyłam w stronę głównego pulpitu – choć drogę oświetlało mi światło księżyca wpadające przez ogromne okna, nie potrzebowałam tego: wszak znałam na pamięć tę krótką trasę. Trzeba było uważać, żeby nie zbliżyć się za bardzo do ściany, gdyż podłoga z tej strony bardzo głośno skrzypiała; wiedziałam też, że w połowie drogi stało blaszane wiadro, które bibliotekarz zawsze stawiał przed wyjściem, naiwnie wierząc, że niepowołany gość się o nie potknie i tym samym wywoła alarm – zawsze je zręcznie omijałam. Poczułam się nieco pewniej, gdy pochłonęły mnie te same czynności, co zwykle: sprawne ominięcie przeszkody, dojście do pulpitu, zapalenie jednego ze świeczników… Gdy wątłe światło jednej świecy rozświetliło dotychczasową noc, byłam już całkiem spokojna. To biblioteka. To moje miejsce na ziemi.

Trzydziesty piąty regał znajdował się stosunkowo blisko: dwie alejki w prawo i trzy w głąb biblioteki. Gdy przed nim stanęłam, odłożyłam świecznik na najbliższy stolik i przesunęłam drabinę stojącą nieopodal w interesujące mnie miejsce. Każdy z regałów miał ją na wyposażeniu, co zawsze ułatwiało mi zarówno dzienne, jak i nocne wyszukiwanie książek. Interesujące mnie woluminy znajdowały się teraz na najwyższej półce, to też wzięłam znów do lewej ręki swoje jedyne źródło światła, zaś prawą chwyciłam się drabiny. Upewniwszy się, że nie spadnę, zaczęłam powoli wchodzić.

Jeden szczebel, dwa, trzy, cztery…

Było to mozolne zajęcie. Po każdym jednym kroku musiałam sprawdzać, czy aby na pewno stoję stabilnie i nic mi się nie stanie; dodatkowo zadanie utrudniał mi trzymany świecznik. W dzień w bibliotece zawsze był ktoś, kto mnie asekurował – w nocy mogłam liczyć jedynie na samą siebie, a gdybym, nie dajcie bogowie, spadła, prawdopodobnie nawet nikt by tego nie usłyszał, chyba że narobiłabym hałasu. Niemniej jednak i tak nie skończyłoby się to dla mnie zbyt dobrze. Dlatego zwykle w nocy wybierałam te książki, które znajdowały się na niższych półkach – tym razem jednak nie mogłam sobie pozwolić na ten komfort.

Starałam się nie myśleć o tym, co mi się może stać i skupiłam się na liczeniu szczebelków: piętnaście, szesnaście, siedemnaście… Cały mój świat w tym momencie skurczył się do tej drabiny i wchodzenia na nią, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie – i byłam niezwykle dumna, że mi się to udało. Gdy zrobiłam trzydziesty krok, poczułam niesamowitą ulgę. Przezornie nie spojrzałam w dół, tylko od razu zaczęłam przeglądać książki na półce i jedną rzecz byłam w stanie wychwycić już na samym początku: wciąż brakowało tomu siódmego.

I co teraz?

Przyszłam do biblioteki spontanicznie, bez żadnego planu i teraz dopiero odkryłam bezsens tego przedsięwzięcia. Nie wiedziałam, czego oczekiwałam: że książka magicznie się pojawi i będę mogła ją przeczytać, co rozwiąże moje wątpliwości?! Absurd.

Uświadomiwszy to sobie, poczułam ból w lewej ręce – dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że wciąż trzymam w niej nielekki świecznik. Przełożyłam go więc ostrożnie do drugiej dłoni, pilnując, by płomień nie liznął okładek woluminów.

I wtedy to zobaczyłam.

Na ułamek chwili, w blasku świecy, niewielka przestrzeń między szóstym a ósmym tomem – zdecydowanie zbyt mała, by mogła się tam pomieścić jeszcze jedna książka – zalśniła. Światło odbiło się od tego miejsca, zupełnie, jakby ktoś tam położył lusterko. Nie dowierzając własnym oczom, jeszcze raz przesunęłam świecznik, jednak tym razem nic się nie stało. Czy to było tylko przewidzenie?

Nie będąc pewną, co widziałam, sięgnęłam dłonią do tego miejsca, ale nic nie poczułam. Książki stały niemalże pionowo, tom ósmy lekko opierał się o szósty, zostawiając niewielką szparę… Pustą szparę. To musiało być przewidzenie… albo znak, że znajdę rozwiązanie w tych dwóch lekturach.

Zdecydowałam się wziąć obydwie książki i wtedy zrozumiałam, że nie byłam na to w ogóle przygotowana: jak mogłam zejść z powrotem na podłogę, kiedy nie miałam, jak trzymać się drabiny? Spanikowałam na moment, w jednej ręce trzymając świecznik, w drugiej nieszczęsne tomy. Spojrzałam przez przypadek w dół i zrobiło mi się gorąco – jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak wysoko, w dodatku bez zabezpieczenia! Dosłownie na sekundę zatrzęsły mi się nogi i to wystarczyło, bym się zachwiała. Stopa straciła oparcie i się ześlizgnęła.

– Ratunku! – wrzasnęłam.

Choć tak naprawdę było już po wszystkim.

Do moich uszu dotarł najpierw brzdęk, a następnie odgłos czegoś ciężkiego, co upadło na podłogę. Uchyliłam delikatnie powieki, choć nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mocno je zacisnęłam, i zrozumiałam, że wiszę na drabinie, kurczowo trzymając się szczebla obiema rękami. Najwidoczniej musiałam w jakimś odruchu samoobrony wypuścić trzymane przedmioty i chwycić się drabiny. Poczułam ulgę na myśl, że nic mi się nie stało. A potem dotarły do mnie naraz trzy straszne fakty: spadająca świeczka mogła coś zapalić po drodze, książki nie przetrwać upadku z tej wysokości… Lecz i tak najgorsze było to, że mój krzyk i hałas na pewno zostały przez kogoś usłyszane.

Musiałam stąd uciekać.

Nie patrzyłam w dół, aby sprawdzić, jakie szkody narobiłam. Zniszczone woluminy czy upalenie czegoś nie były ważnym powodem do zmartwień: bibliotekarz na pewno odkryje, że ktoś niepowołany był w tym miejscu. Istotne było, by nie odkrył kto.

Gorączkowo próbowałam odszukać stopą szczebel drabiny, nasłuchując, czy nikt nie idzie. Gdy w końcu mi się to udało, zaczęłam schodzić, jakby mnie sam kat gonił, błagając w myślach przeznaczenie, bym zdążyła. Jeden szczebel, dwa, trzy, dziesięć… Stopy już prawie dotknęły podłogi i byłam niemalże pewna, że mi się udało, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi do biblioteki.

Moje serce na moment stanęło, gdy zrozumiałam, że zostanę nakryta, ale zaraz potem przyszło mi na myśl, by schować się między regałami i uciec przy najbliższej okazji – z odgłosów wynikało, że do pomieszczenia weszła tylko jedna osoba i miałam szansę pozostać niezauważoną. Jedyne, co musiałam, to zdążyć zejść, zanim ten ktoś znajdzie się w tej alejce, ale przecież, by tu przyjść, ten ktoś musiałby najpierw wiedzieć, gdzie mnie szukać, a to jest przecież niemo…

– Ekhem.

…żliwe.

Moje stopy w końcu dotknęły upragnionej podłogi, ale teraz czułam, że wolałabym chyba być z powrotem na szczycie drabiny. Spuściłam głowę i wbiłam wzrok w dół, bojąc się odwrócić w stronę osoby, która mnie przyłapała.

A więc to koniec. Ten ktoś na pewno poinformuje ojca, a on przecież nie znosił niesubordynacji. Zniknę w taki sam sposób jak wiele innych osób przede mną, zaś lud Koladii nigdy nie dowie się, co się stało z prawowitą następczynią tronu. Jako nieletnia przecież nie byłam jeszcze przedstawiona społeczeństwu, więc łatwo można było mnie zastąpić. Tylko służba mnie znała – ale służba była przyzwyczajona do takich zmian.

Pogrążona w niewesołych myślach dopiero po chwili, dzięki światłu trzymanemu przez osobę obok mnie, dostrzegłam, że książkom tak naprawdę nic się nie stało – przed groźnymi następstwami upadku uchroniły je grube okładki – i to mnie lekko podniosło na duchu. Przynajmniej ich nie zniszczyłam.

– Możesz mi powiedzieć, co tu robisz, moja pani? – odezwał się tak dobrze znany mi głos.

Albert.

Odwróciłam się powoli w jego stronę, czując narastającą złość. Strach i niepewność rozpłynęły się w jednej chwili, została we mnie tylko wściekłość. To przez niego tutaj byłam! To jego dziwne zachowanie i tajemnice zmusiły mnie do tego, bym się tutaj teraz znalazła, upuściła książki i narobiła hałasu!

Wbiłam w niego spojrzenie pełne urazy, nic nie odpowiadając.

Zaś Albert… Albert wyglądał inaczej niż zwykle. Pozbawiony swojej zwyczajnej maski wyglądał po prostu jak… jak stary człowiek. Jak zmęczony stary człowiek. Potarł bezwiednie ręką czoło i postawił krok w moją stronę. Odsunęłam się szybko.

– Nie zbliżaj się do mnie – wysyczałam, wciąż wściekła.

Zignorował te słowa i ukląkł przy mnie, najwidoczniej bardziej zainteresowany tym, co leży na podłodze. Wziął do ręki jedną z książek i przeczytał tytuł. Zamarł na moment, po czym powoli podniósł głowę i spojrzał na mnie tak, jak jeszcze nikt na mnie nie patrzył… a już zwłaszcza on.

Tym razem w jego wzroku nie było nienawiści czy udawanej aprobaty; na jego twarzy błąkał się delikatny uśmiech, zaś w oczach lśniły łzy wzruszenia. Miał minę jak ktoś, kto został zaskoczony, bardzo mile zaskoczony i nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.

Niemniej jednak wciąż mu nie ufałam.

Podniósł się powoli kucek i spojrzał na mnie, wciąż bez sztuczności.

– Moja pani – rzekł cicho. – Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że faktycznie będziesz…

Nie dane mu było dokończyć tej kwestii. Drzwi biblioteki trzasnęły i usłyszałam głosy, wiele głosów, a wśród nich dwa bardzo dobrze znane, należące do mojego ojca i bibliotekarza. Albert spojrzał na mnie z przestrachem.

– Wymyślę coś – powiedział cicho. – Zaufaj mi. Bartłomiej na pewno się za nami wstawi.

Zostaliśmy odnalezieni od razu, zapewne dzięki światłu dawanemu przez świecznik Alberta. Otoczyli nas żołnierze, a zza nich wyłonił się mój ojciec. Zauważywszy mnie, przystanął na moment, zaskoczony. Zaraz potem zmarszczył gniewnie brwi i coś postanowił, a ja już dobrze wiedziałam, co. Nie mogłam sobie pozwolić na to, by zaufać mojemu nauczycielowi historii.

Albert postawił krok w stronę ojca i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale ja byłam szybsza. Rzuciłam się w stronę króla z płaczem i przytuliłam do jego piersi.

– Cyntia? – zapytał ojciec, zaskoczony moją reakcją. – Co się tutaj stało? Co ty tutaj robisz?

– To Albert! – wychlipałam, nie szczędząc łez.

Nie musiałam się bardzo wysilać, by udawać płacz. Wydarzenia ostatnich kilku chwil były dla mnie tak stresujące, że potrzebowałam je w ten sposób odreagować.

– Co Albert?! – Ton ojca był ostrzejszy niż zwykle.

To był dobry zwiastun, świadczący o tym, że straciłam status głównego podejrzanego w tej sprawie.

– Przywiódł mnie tutaj! – odparłam, hamując szloch i odsuwając się od ojca.

Nie lubiłam się do niego przytulać, bo zawsze śmierdział mieszaniną alkoholu i potu i nigdy nie odwzajemniał moich gestów. Wiedziałam też, że zbyt duża emocjonalność wcale nie zdejmie ze mnie podejrzenia. Musiałam być taka, jaką ojciec mnie znał: twarda, mająca niewielkie chwile słabości w naprawdę ekstremalnych sytuacjach. Chciałam, żeby król myślał, że to jedna z nich.

– Czy to prawda?!

Spojrzałam w końcu na Alberta i zaczęłam nieco żałować tego, co powiedziałam. Zrobił się blady jak ściana; na przemian otwierając i zamykając usta, przebiegał wzrokiem na około, szukając ratunku, którego wiedział, że nie otrzyma. Być może naprawdę miał dobrą wymówkę na to, byśmy obydwoje nie popadli w niełaskę króla – niemniej jednak było już na nią za późno. To on stał się głównym i jedynym celem.

– Wasza wysokość – wyjąkał w końcu, a ja nigdy w życiu nie słyszałam u człowieka w głosie tyle błagania i żałości. – Wasza wysokość, to nie tak…

Zaczął płakać bezradnie, wiedząc, że nic nie wskóra. Trząsł się cały, a jego skóra wydawała się całkiem biała w blasku świec trzymanych przez żołnierzy. Jego świecznik już od dawna leżał na podłodze rozbity, choć nie słyszałam tego, jak go opuszczał. Poczułam się żałośnie i odwróciłam wzrok od tego widoku.

Natrafiłam na spojrzenie bibliotekarza.

Bartłomiej na pewno się za nami wstawi.

Słowa Alberta zadźwięczały mi w uszach, a ja poczułam, że robię się malutka pod ciężarem nienawiści we wzroku mężczyzny. Jeśli kiedykolwiek myślałam, że to mój nauczyciel historii patrzył na mnie z zawiścią, to byłam w błędzie – przy tej wrogości, którą czułam teraz od bibliotekarza, zachowanie Alberta było jedynie wyrazem lekkiej niechęci. Poczułam się podle, tak podle, jak jeszcze nigdy w życiu, ale nie byłam zdolna stanąć w obronie swojego profesora, który znalazł się w ogniu krzyżowych pytań ojca.

– Cyntio, po co Albert zwabił cię do biblioteki? król po chwili zwrócił się do mnie.

– Na lekcję – odparłam cicho, mając nadzieję, że to zmniejszy winę nauczyciela.

– W nocy?!

Ojciec podszedł krok do przodu i zawadził o coś stopą. Wściekły, schylił się i podniósł książkę.

Powstanie Koladii, tom szósty… – przeczytał cicho tytuł i zrobił się czerwony na twarzy.

Gwałtownie odwrócił się w moją stronę, chwycił ręką podbródek i ścisnął tak mocno, że poczułam ból. Nie jęknęłam, wiedząc, że to pogorszy moją sytuację.

– Czego cię uczy ten stary pacan?! – krzyknął, opluwając mi twarz.

Milczałam, przerażona, patrząc w jego straszne, przekrwione, wypełnione żądzą mordu oczy.

– Czego?! – powtórzył, wrzasnąwszy jeszcze głośniej i jeszcze mocniej ściskając moją brodę.

Wiedziałam, że jutro będzie posiniaczona.

– Historii Koladii – odparłam cicho.

– Jakiej historii?!

Naprawdę miałam ochotę się rozpłakać: z bólu, strachu i bezsilności. Nie znałam prawidłowej odpowiedzi na jego pytanie; nie wiedziałam, czy w ogóle taka istnieje.

Próbując opanować przerażenie, przypomniałam sobie to, co zawsze mnie uspokajało: głos Beatrycze. Łagodny, delikatny, zapewniający, że wszystko będzie dobrze; że choć bohaterowie nie zawsze zwyciężają, to zawsze mają rację; że nie ma sytuacji bez wyjścia; że czasem cel uświęca środki.

Nie patrzyłam na Alberta.

– Zaczął opowiadać bzdury, jakobym nie była prawowitą następczynią tronu Koladii! To dlatego zbiłam świecznik, mając nadzieję, że ktoś usłyszy i przyjdzie, zanim Albert zdąży powiedzieć więcej niedorzeczności – odparłam na jednym wydechu.

Ojciec w końcu mnie puścił.

Najwidoczniej, jakimś cudem, powiedziałam to, co było trzeba.

– Jesteś prawowitą następczynią tronu Koladii – powiedział.

Był wściekły, ale już nie krzyczał.

Następnie odwrócił się powoli w stronę Alberta. Zerknęłam na niego kątem oka – nauczyciel wciąż był blady, teraz już bardzo słaby i podtrzymywany przez dwóch żołnierzy.

– Księżniczko Cyntio, proszę, przypomnij swojemu profesorowi, jaka kara grozi za przeciwstawianie się władzy królewskiej i namawianie do zamachu stanu?

Poczułam chłód na skórze. Nie pomyślałam o tym.

– Śmierć – odparłam cicho.

– Bardzo dobrze – ojciec był wniebowzięty.

To stanowiło idealny przykład jego nieobliczalności: jeszcze chwilę temu żądny mordu, teraz spokojny i szczęśliwy – zapewne dlatego, że tę żądzę będzie mógł zaspokoić.

– Cyntio, pozwolę ci dzisiaj ogłosić twój pierwszy wyrok – tak, aby Albert zrozumiał, że jesteś najprawdziwszą księżniczką.

Nie miałam pojęcia, że tak skończy się moje kłamstwo.

Zmroziło mnie i na moment zabrakło tchu… Nie potrafiłam tego zrobić! Wzięłam głęboki wdech, czując przypływ paniki i przywołałam w myślach twarz Beatrycze. Przecież tak rozpaczliwie pragnęłam żyć! Nie mogłam przeciwstawić się woli ojca, nie mogłam cofnąć czasu… Musiałam zrobić wszystko, by udowodnić, że jestem bez winy.

Wszystko. Bez względu na cenę.

Przybrałam zimną maskę i spojrzałam prosto w oczy swojego nauczyciela. Gdy zaczęłam mówić, mój ton był spokojny i twardy, jak jeszcze nigdy, choć w środku wciąż byłam przerażonym dzieckiem.

– Ja, Cyntia z rodu Julianów, następczyni tronu, skazuję ciebie, Albercie, na śmierć za zdradę swojego narodu bez możliwości anulowania ani złagodzenia kary z natychmiastowym wykonaniem.

Jeden z żołnierzy stojących za moimi plecami podszedł do staruszka, wyciągając miecz, i bez wahania przebił nim ciało skazanego.

Albert się nawet nie zająknął, w bibliotece zapanowała głucha cisza, gdyż każdy się bał odezwać.

– Brawo, Cyntio, jestem z ciebie dumny. Wyrośniesz na moją godną następczynię.

Tylko ojciec zdawał się nie rozumieć tego, co się stało.

Tak oto po raz pierwszy w życiu zabiłam człowieka. Patrzyłam jak w ciągu jednej chwili ulatuje z niego życie, zabrane przez kogoś, kto nie miał do tego prawa.

Być może uratowałbyś mnie, Albercie; tego się nigdy nie dowiem.

Cel uświęca środki…

Szkoda tylko, że zapomniałam, iż te słowa nie należały do Beatrycze, lecz do ojca. Najwidoczniej faktycznie stawałam się taka sama jak on.

NASTĘPNA CZĘŚĆ

***

Witajcie w pierwszym poważnym wpisie! Zaczęłam od Cyntii, od czegoś całkiem nowego – nowe opowiadanie, nowy początek. 😉

Tak, dobrze czytacie. Cyntia to opowiadanie (w dodatku fantasy), dlatego podzieliłam ją na części, nie rozdziały. W dodatku styl całkiem dla mnie nietypowy –  to historia dziejąca się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, podzielona na epizody z życia głównej bohaterki. Mam nadzieję, że odnajdziecie w tym tekście zarówno starą, ja i nową mnie.

Zapraszam Was serdecznie do komentowania – każdy sygnał, że jesteście i czytacie jest dla mnie niezmiernie ważny!

Kolejnych wpisów możecie spodziewać się co niedzielę wieczór, a jak ktoś chce być na bieżąco, zapraszam na moją stronę na Facebooku – znajdziecie tam trochę więcej trochę innej treści. 😉

Do napisania!

Marsy

Oryginalne zdjęcie: Alexandru Zdrobău

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry