Cyntia – część 2.

Otwarta książka to ilustracja do 2 części opowiadania fantasy Cyntia

Miałam trzynaście lat, kiedy to wszystko się zaczęło. Zdążyłam wtedy już prawie zapomnieć o Albercie i przestać unikać pana Bartłomieja. Choć biblioteka nie była już tą samą ostoją, co wcześniej, wciąż przesiadywałam tam godzinami, wertując różne księgi. W jednym byłam konsekwentna – zawsze starannie omijałam regał trzydziesty piąty.

Ta noc była inna. Pierwszy raz od dwóch lat zdarzyło mi się zostać w bibliotece już po zachodzie słońca. Zaczytałam się w książce o Arbasie, naszej stolicy, gdzie autor bardzo ciekawie opisał topografię miasta. Dowiedziałam się wtedy, że Mały Plac, jak go wszyscy nazywali, stanowił geograficzny środek osady, którą założono i wokół którego się ona rozrastała. Była to ciekawostka, która na długo zapadła mi w pamięć.

Gdy skończyłam czytać i zorientowałam się, jak późna jest pora, zaczęłam szybko szykować się do wyjścia. Podejrzewałam, że bibliotekarz najzwyczajniej w świecie przegapił mój pojedynczy świecznik stojący na stoliku znajdującym się między dalszymi regałami; nie przypuszczał, że mogłam nie zdążyć wyjść. Zebrałam więc wszystkie swoje rzeczy – kilka piór, kartek i książek – do płóciennej torby i powstałam pośpiesznie z krzesła. Chciałam chwycić w swoją dłoń świecznik i udać się do wyjścia… Silne pociągnięcie w tył, obca, brudna dłoń na ustach i za chwilę smak bólu i krwi zmieszał się z fetorem starej szmaty brutalnie wepchniętej między moje wargi. Ręce zostały wygięte w tył, a zaraz potem przeszył mnie chłód ostrego narzędzia na moim gardle.

Wierzgnęłam, ale uchwyt był zbyt silny. Miejsce, gdzie przytknięto nóż, zapiekło. Próbowałam krzyknąć, ale knebel skutecznie mi to uniemożliwił. Szarpnęłam się raz jeszcze, bezskutecznie. Strach zaczął pełznąć wzdłuż kręgosłupa, powodując ciarki. Kumulował się we mnie, zupełnie jak ślina w kąciku ust, a moje ciało zdrętwiało z przerażenia, zupełnie jak język pod wpływem knebla.

Zaskomlałam, bo tylko tyle byłam w stanie zrobić.

– Proszę, proszę, oto nasza mała księżniczka, nasza morderczyni – wysyczał mi do ucha męski głos.

Wzdrygnęłam się, słysząc w tym tonie mnóstwo jadu i nienawiści.

– Myślałaś, że ludzie nigdy się nie dowiedzą, kto zabił Alberta? Pomyśleć, że tak w ciebie wierzył!

Jego słowa wywołały we mnie nowy niepokój. On wiedział, kim jestem. Wiedział, co zrobiłam.

I chciał mnie za to zabić.

Serce waliło mi jak szalone, policzki były mokre od łez. Pęcherz nie wytrzymał i popuściłam, ale nie było już miejsca na wstyd. Był tylko strach i modlitwa do bogów, których nie było.

Wiedziałam, że ojciec nie przekazał poddanym, kto wydał wyrok na Alberta – wszak ludzie nawet nie wiedzieli o tym, że istniałam – i nigdy nie sądziłam, że ktokolwiek będzie chciał się na mnie za to zemścić; zwłaszcza po tak długim czasie. Nie miałam pojęcia, skąd napastnik wiedział o mnie i o tamtym wydarzeniu, ale miałam pewność, że nie był świadomy jednej rzeczy: tego, że ja już zostałam ukarana. Codziennie musiałam patrzeć sobie w twarz ze świadomością, że zabiłam człowieka. Musiałam dojrzeć szybciej niż inne dzieci. Musiałam sama poradzić sobie z odpowiedzialnością, o którą nigdy nie prosiłam.

Ale on nie mógł tego zrozumieć.

Najpewniej napawał się tą chwilą, kiedy bezbronna płakałam w jego rękach, nawet już nie próbując się wyrywać. Nie byłam dla niego przerażoną dziewczynką, a wyrachowaną zbrodniarką. Znikąd pomocy. Wystarczył jego jeden ruch…

– Karolu, proszę, zostaw księżniczkę.

Głos bibliotekarza wydobywający się z mroku był jak promień światła. Ręka trzymająca sztylet przy moim gardle zadrżała, pogłębiając nieznacznie zadaną już ranę, a ja zastygłam, nie mogąc uwierzyć w pojawienie się nadziei.

– Bartłomiej? – Wydawało mi się, że mężczyzna za moimi plecami splunął. – Trzymasz stronę tej zbrodniarki?

– Przecież wiesz, że nie takie były postanowienia.

Bibliotekarz w końcu wynurzył się z mroku i stanął w kręgu światła dawanego przez mój świecznik. Jego półdługie, ciemne włosy były jak zwykle starannie związane – zupełnie jakby wiedział, że będzie potrzebny, więc nie kładł się do snu. Nie spojrzał na mnie, wpatrzony w swojego rozmówcę. Choć miał zaledwie trzydzieści lat i był najmłodszym bibliotekarzem w historii zamku, nie można mu było zarzucić wątłości i młodzieńczej aparycji. Wyglądał groźnie i poważnie – tak bardzo, że pod wpływem jego spojrzenia skuliłam się jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, co jego postawa oznacza.

– W dupie mam wasze postanowienia! – zdenerwował się mężczyzna nazwany Karolem. – Ta mała kurwa zabiła Alberta, a wy pozwalacie jej żyć! Jesteście chorzy! Popieracie tego zbrodniarza i jego córkę!

Pan Bartłomiej pokręcił głową z westchnieniem pełnym nieukrywanego żalu.

– Jeżeli jej nie puścisz, będę zmuszony wezwać cię do walki – dotknął ręką drobnego miecza jak zwykle przypiętego u swego boku. – Jeśli zaś ją zabijesz, będę zmuszony zdradzić Brunonowi twoją tożsamość, a on na pewno zabije nie tylko ciebie, ale i twoją rodzinę. Masz wybór, Karolu. Pamiętaj, jesteśmy przyjaciółmi. Stoimy po jednej stronie barykady. Możesz się wycofać bez słowa, a mała nikomu nie powie, co tu się jej przydarzyło. Masz moje słowo. Chyba mi ufasz… Karolu.

Ton bibliotekarza był bardzo spokojny, a jednocześnie stanowczy. Cienie powodowane przez wątły płomyk świecy igrały na jego twarzy, nadając mu aurę tajemniczości i magii.

Za swoimi plecami usłyszałam przekleństwo tak wymyślne, że nawet jakbym chciała, nie potrafiłabym go powtórzyć. Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami w pana Bartłomieja, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Błagałam go w myślach o pomoc, starając się, by jak najwięcej z tego błagania było widoczne w moich oczach, chociaż musiałam wyglądać okropnie – zapłakana, zasmarkana i obśliniona. Jednak bibliotekarz w ogóle na mnie nie patrzył, skupiony na twarzy skrytobójcy.

Ostrze przytknięte do mojej szyi zadrżało, pisnęłam z bólu.

– Karolu!

Moje ręce stały się wolne, nóż zniknął, tak samo jak ciepło i smród ciała za mną. Upadłabym, ale w tym momencie chwycił mnie bibliotekarz. Ciche skrzypienie zamykanych drzwi biblioteki było w tej chwili głośne jak tysiąc trąb.

Chciałam odczuć ulgę, ale chwyt pana Bartłomieja był twardy i szorstki, a jego ciało napięte. Podniosłam głowę, próbując zrozumieć zachowanie swojego wybawcy. Nieustępliwość jego wzroku wzmogła mój niepokój.

– Nikomu nie powiesz o tym, co się tutaj wydarzyło – powiedział do mnie powoli, patrząc mi prosto w oczy.

Próbowałam odwrócić głowę, ale wtedy chwycił moją brodę jedną ręką i zmusił do patrzenia sobie w twarz.

– Nikomu nie powiesz o tym, co się tutaj wydarzyło – powtórzył.

Skinęłam powoli głową, gotowa w tej chwili obiecać mu wszystko, byle nie zrobił mi krzywdy.

– Jeśli to zrobisz, zatroszczę się o twój oficjalny wyrok śmierci. Pamiętaj, że mam większe poważanie u twojego ojca niż ty. Nie uwierzy ci, że drugi raz, bez powodu, przeglądałaś ten sam dział biblioteki.

Znów skinęłam głową, wiedząc, że ma rację. Wciąż bałam się, że jestem uważnie obserwowana przez ojca i jego najbliższych poddanych. Słowa pana Bartłomieja tylko potwierdziły moje obawy.

– Pamiętaj, Cyntio, że ja nie jestem twoim wrogiem. Choć przez to, co zrobiłaś Albertowi, może powinienem… – powiedział jeszcze, choć odniosłam wrażenie, że ostatnie zdanie skierował bardziej do siebie niż do mnie.

Dopiero wtedy mnie puścił i już bez słowa odszedł.

Dopóki nie zostałam sama, nie rozumiałam, że cała drżę. Oparłam się o blat stolika i drugą ręką wyciągnęłam z ust kawałek szmaty, który odrzuciłam z obrzydzeniem. Smak krwi, łez i stęchlizny sprawiał, że miałam ochotę splunąć, ale nie zrobiłam tego. Zsunęłam się powoli na podłogę, próbując uspokoić rozedrgane ciało.

Drżały moje ręce i nogi, drżała moja głowa, drżało moje serce. Gdy dotarło do mnie, co się przed chwilą wydarzyło, rozpłakałam się na nowo. Płakałam głośno, nie zważając na to, że ktoś mógłby mnie usłyszeć, że mogę zwrócić czyjąś uwagę. Płakałam, bo nie wiedziałam, co się wydarzyło i nie umiałam sobie z tym poradzić. Płakałam, bo pragnęłam, żeby ktoś mnie w końcu przytulił, żeby przytuliła mnie Beatrycze. Płakałam, bo już nic nie miało być takie samo.

***

Koszmary męczyły mnie przez długi czas aż w końcu zrozumiałam, że muszę spróbować stawić czoła przeznaczeniu.

Wszystko zaczęło się od jednej, głupiej, źle skatalogowanej książki. Przez nią zginął Albert, przez to omal nie zginęłam ja. Nie wierzyłam, że moja zwykła ciekawość mogła spowodować taką lawinę wydarzeń.

Musiałam wiedzieć, co stało za siódmym tomem Powstania Koladii.

Z mocnym postanowieniem znów weszłam nocą do biblioteki i zabrałam świecznik z pulpitu bibliotekarza. Ruszyłam w stronę trzydziestego piątego regału, próbując ignorować głos rozsądku, który nakazywał ucieczkę. Po raz kolejny wystawiałam się na niebezpieczeństwo, ale wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, sumienie nie da mi spokoju.

Serce biło mi jak szalone, gdy odkładałam świecę, ściągałam torbę z ramienia i przesuwałam drabinę w odpowiednie miejsce. Nie mogłam się zawahać. Jeden szczebel, dwa, trzy… Wchodziłam na górę, starając się nie myśleć o niczym. Gdy stanęłam na szczycie drabiny, byłam zdeterminowana. Stanowczym ruchem sięgnęłam w znane sobie miejsce. Dziwnym trafem doskonale zapamiętałam, gdzie leżały dwie interesujące mnie książki, choć ostatni raz widziałam je dwa lata temu. Jeszcze bardziej osobliwa była pewność, że nie zostały one przeniesione przez ten czas w inne miejsce.

Zaczęłam schodzić powoli na dół, próbując wymyślić, co zrobię. Powstanie Koladii, tom szósty, a pod nim tom ósmy. Potrzebny mi siódmy, potrzebny mi siódmy, potrzebny mi…

Poślizgnęłam się i z cichym krzykiem upadłam na podłogę, a tuż obok mnie książki. Na szczęście byłam już prawie na samym dole, więc nie narobiłam hałasu; inaczej pewnie skończyłoby się podobnie jak ostatnio: czyjąś śmiercią. Tym razem moją.

Zbierając książki na kolanach, myślałam o tym, dlaczego zawsze muszę spadać z drabiny, szukając tych konkretnych tytułów. Wstałam z podłogi, pogrążona we własnych myślach. I zaraz potem zamarłam, zorientowawszy się, że w moich dłoniach znajdują się trzy woluminy.

Zapatrzyłam się na prostą, skórzaną okładkę pierwszej trzymanej książki. Powstanie Koladii, tom ósmy, głosił prosty napis. Drżącą ręką ją podniosłam i powoli przejechałam wzrokiem po identycznych literach wyrytych w identycznej okładce kolejnego woluminu.

Powstanie Koladii, tom siódmy.

Księgi wypadły mi z rąk, a ja jeszcze zdążyłam bez sensu pomyśleć, że wciąż nimi rzucam i przecież się zniszczą. Ale potem okazało się, że jeden z tomów spadł na podłogę otwarty, a ja już doskonale wiedziałam, który to był, bez patrzenia na tytuł.

Zawartość szóstego i ósmego znałam całkiem dobrze, bo takich rzeczy się nie zapomina.

Ale treść siódmego miała wyryć się w mojej pamięci na zawsze.

***

Moi Herosi istnieli naprawdę.

Odważny Gabriel, sprytny Eryk, mądry Aleksander i silny Miłosz.

To oni stworzyli Koladię, a jej dzieło rozpoczęli od założenia Arbasu – małego miasteczka, które urosło do rangi wielkiej stolicy. To oni pomogli ludziom z odległych krain osiedlić i ujarzmić tę ziemię, by była im przyjazna i oddana. Każdy z braci osobiście zaangażował się w budowę pięknego zamku – symbolu wielkości założonego przez nich miasta – tak, aby każde kolejne pokolenie mieszkańców Koladii i Arbasu pamiętało, komu zawdzięcza swoją ojczyznę. Ludzie ich uwielbiali i podążali za nimi, żyjąc w zgodzie. Swoiste niepisane prawo dobroci, sprawiedliwości i równości samoistnie zaczęło funkcjonować w świeżo utworzonym społeczeństwie, poparte legendami o wielkich czynach założycieli.

Jednak czterej bracia nie chcieli rządzić krainą, którą sami powołali do życia. Ciągnęło ich do dalekich krajów, gdzie dalej mogliby walczyć z tyranami i mitycznymi stworzeniami. Stworzona przez nich Koladia miała być jedynie pomnikiem ich działalności, nie nagrobkiem cmentarnym. Dlatego też odeszli, jak tylko zrozumieli, że ich ludzie są w stanie już samodzielnie władać daną im krainą. Nie odeszli jednak bez znaku: zostawili po sobie cztery ciężarne siostry, które niedługo po ich zniknięciu urodziły dzieci – chłopca i trzy dziewczynki. W ten sposób powstała dynastia Julianów, od imienia chłopca, który potem został pierwszym władcą Koladii; dynastia, która na zawsze miała zasiadać na tronie ukochanej krainy Herosów.

Gabriel, Eryk, Aleksander i Miłosz mieli tylko jedno życzenie: pragnęli, by mieszkańcy krainy zawsze o nich pamiętali. To miała być gwarancja bezpieczeństwa i stabilności.

Wciąż byłam dzieckiem, miałam zaledwie trzynaście lat, lecz było to wystarczające, by zrozumieć, że Koladia, w której żyłam, była całkiem inna od tej opisanej tomie siódmym. Ojciec zawsze twierdził, że jego poddani opływają w dostatek a on sam jest najlepszym władcą w historii.

Dlaczego więc opowieści o Herosach zostały zakazane?

Nawet jeśli stanowiły tylko legendę, była to legenda niezwykle piękna i nie rozumiałam, dlaczego nie można jej było powtarzać – wiedziałam przecież, że Beatrycze przypłaciła życiem opowiadaniem mi jej.

Być może odpowiedź leżała tuż przed moimi oczami, ale nie chciałam jej do siebie dopuścić, musiałam usłyszeć to od kogoś innego.

Tylko jedna osoba byłaby w stanie odpowiedzieć…

Bo przecież na pewno nie było tak, że w Koladii wcale nie działo się dobrze, a mój ojciec nie był tak wspaniałym władcą, jak mówił… Prawda?

***

Wodziłam niewidzącymi oczami po stronach książki, która leżała przede mną na pulpicie, w rzeczywistości wyczekując z napięciem na nadejście pana Bartłomieja. Dzisiaj specjalnie wybrałam stolik w widocznym miejscu, tak, aby nie zapomniał do mnie podejść, wypędzając kolejno każdego z biblioteki. Już dwa razy mnie upominał, że powinnam wyjść, ale ja wciąż czekałam aż wszyscy opuszczą pomieszczenie i wreszcie zostaniemy sami. Nie wiedziałam, jak zareaguje na moje słowa – czy w ogóle zareaguje – ale miałam ogromną nadzieję, że to właśnie od niego dowiem się znaczenia znalezionej wczoraj książki. Nie przespałam nocy, czytając zachłannie kilkukrotnie swoje cenne znalezisko i teraz czułam też tego skutki – oczy mi się zamykały i ziewałam, a od czasu do czasu zmęczenie brało górę i moja głowa lądowała na blacie – ale zaraz potem przywoływałam się do porządku, przypominając sobie, że największa tajemnica w moim życiu leży tuż przede mną, na wyciągnięcie ręki.

– Cyntio, prosiłem cię już dwa razy, żebyś opuściła bibliotekę. Słońce zaszło. – Pan Bartłomiej stanął przede mną po raz kolejny.

Podniosłam głowę i rozglądnęłam się. Wyglądało na to, że zostaliśmy sami.

Przeniosłam wzrok na mężczyznę i otworzyłam usta, ale widząc jego chmurną minę, zaczęłam się zastanawiać, co chcę osiągnąć i czego się dowiedzieć. Czy to był właściwy człowiek do zadawania jakichkolwiek pytań?

I jak właściwie one brzmiały?

Spuściłam głowę i zagryzłam nerwowo wargę. Serce zaczęło walić mi jak szalone i poczułam, że moje dłonie się pocą. Już nie byłam śpiąca.

– Cyntio? – zniecierpliwił się.

– Proszę mi powiedzieć – zaczęłam cicho, nie podnosząc wzroku znad pulpitu – ojcem rodu Julianów był Gabriel, Eryk, Aleksander czy Miłosz? – zapytałam powoli drżącym głosem, marząc o tym, by po tym pytaniu mnie nie ścięto.

Nastała cisza. Bardzo długa, głęboka i niepokojąca. Na tyle niepokojąca, bym odważyła się w końcu podnieść głowę i spojrzeć na bibliotekarza.

Tak jak zazwyczaj ciemne oczy pana Bartłomieja były poważne, stanowcze, a czasem wręcz zagniewane, tak teraz malowało się w nich czyste zdumienie, a jego twarz była blada jak śnieg. Zacisnął mocno wargi i oparł się obiema rękami o krzesło stojące naprzeciw mnie, jakby bał się, że upadnie. Nie spuszczał wciąż ze mnie tego wzroku, świdrował mnie nim, myśląc o milionie rzeczy naraz, a ja nie potrafiłam zgadnąć ani jednej.

– Proszę pana? – zagaiłam w końcu nieśmiało.

Drgnął na dźwięk mojego głosu i na chwilę przymknął oczy. Zacisnął palce na oparciu krzesła i wzniósł twarz ku górze, by zaraz potem szybko na mnie spojrzeć. Wciąż nie dowierzał. Nie wiedziałam czemu lub komu, ale nie dowierzał.

Powoli odsunął krzesło, które trzymał, i usiadł przy stoliku. Westchnął ciężko i oparł łokcie na pulpicie. Pokręcił głową, wyraźnie nie mogąc się z czymś pogodzić.

– Gdyby Albert żył… – powiedział w końcu, zmartwiony. – To wszystko za późno, trzy lata za późno… – Nagle uderzył pięścią w stół. – Na niebiosa, to nie tak miało być! – I się rozpłakał.

Siedziałam bezradna, patrząc, jak ten poważny i dorosły mężczyzna pochlipuje niczym małe dziecko, ukrywszy twarz w ramionach. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić, więc milczałam, zaniepokojona, czekając aż się uspokoi.

Jego chwila słabości nie trwała jednak długo. Przestał płakać i otarł twarz rękawem koszuli, po czym spojrzał na mnie, jakby przygnębiony.

– Powiedz mi, dlaczego powinienem zaryzykować życie swoje i swoich najbliższych, a także przyszłość całej krainy?

Na to pytanie z pewnością nie oczekiwał odpowiedzi. Patrzyłam na niego bezradnie, próbując zrozumieć, o czym mówi. On zaś spoglądał na mnie jeszcze przez chwilę, po czym bez słowa wstał i ruszył w stronę drzwi wejściowych do biblioteki. Zamknął je starannie, a następnie wypowiedział słowa w nieznanym mi języku, które jednak w dziwny sposób poruszyły moje serce i wywołały za mną uczucie tęsknoty za czymś nieznanym. Skuliłam się, nie rozumiejąc jego zachowania i moich emocji, a pan Bartłomiej wrócił na miejsce, znów siadając naprzeciw mnie. Stał się tym samym bibliotekarzem, co zwykle – stanowczym i poważnym – i nie przypominał człowieka wyprowadzonego z równowagi, jakim jeszcze parę chwil temu był.

– Teraz nikt nie będzie nam przeszkadzał – odpowiedział na moje niezadane pytanie. – Powiedz mi, Cyntio, skąd znasz te imiona?

– Z siódmego tonu Powstania Koladii – odparłam zgodnie z prawdą.

Wiedziałam, że w tym momencie liczy się tylko i wyłącznie szczerość.

– Jak ją znalazłaś? – Nawet nie drgnął usłyszawszy moją odpowiedź.

– Nie wiem… Wczoraj… Po tym wydarzeniu… Miałam koszmary. – Nagle zrozumiałam, że tylko prawda może mi pomóc. – Od miesiąca je mam. Już nie mogłam wytrzymać. Ja tylko byłam ciekawa książki, ja nie chciałam zabić Alberta… – Czułam łzy cisnące się do oczu. – Nigdy nie chciałam mu zrobić krzywdy. Wiedziałam, że mnie nie lubił, ale nie życzyłam mu śmierci… – potrząsnąwszy głową, otarłam rękawem twarz. – Jak ojciec nas nakrył… Ja nie chciałam umrzeć. Naprawę nie chciałam umrzeć! Bałam się, tak strasznie się bałam… Nie mogłam sobie potem patrzeć w twarz. Pan myśli tak jak ten skrytobójca, prawda? Że ja jestem morderczynią. Zbrodniarką. Że tego chciałam. Że Albert był niewinny i że we mnie wierzył… A ja nawet nie wiem, co to znaczy, że we mnie wierzył!

Pan Bartłomiej wpatrywał się we mnie bez słowa, a łzy nie przestawały lecieć z moich oczu. Łkałam, raz po raz wycierając twarz rękawem koszuli. W mojej głowie pojawiła się bezsensowna myśl, że Karina nie da rady tego wyprać. Roześmiałam się histerycznie, by na nowo się rozpłakać.

Nieoczekiwanie dla mnie bibliotekarz sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej lnianą chusteczkę.

– Dziękuję – powiedziałam cicho, wycierając nią nos. – Ja już zostałam ukarana za to, co zrobiłam – wyrzuciłam z siebie niemalże szeptem. – Od dwóch lat nie mogę sobie spojrzeć w lustrze w twarz… A ten człowiek… ten skrytobójca… – przełknęłam gulę. – On mi się śni. Od miesiąca. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Ja… Ja zrozumiałam, że nikt mi nie wybaczy śmierci Alberta. I że muszę wiedzieć, dlaczego to się wszystko stało. Dlatego wczoraj poszłam do biblioteki. Chciałam znaleźć odpowiedź, bardzo chciałam. I znalazłam tę książkę…

Znów wytarłam nos i sięgnęłam do torby. Wyciągnęłam z niej wolumin, położyłam go na blacie i spojrzałam przez łzy, lecz z nadzieją, na pana Bartłomieja.

Wypuścił ze świstem powietrze, spoglądając na moje znalezisko.

Wziął książkę ostrożnie do ręki, jakby była dla niego niezwykle cenna i zaczął ją oglądać z nabożną czcią. Przejechał palcami po okładce, jakby muskał najdelikatniejszy materiał i otworzył ją. Wyraźnie wzruszony, zaczął czytać.

– Ta książka nie dość, że musi chcieć być znaleziona, to również musi chcieć się odnaleźć… – powiedział powoli, podnosząc na mnie wzrok.

Odłożył ją na bok niczym coś bardzo cennego i delikatnego i chwycił mnie za dłoń. Poczuwszy ból, chciałam się wyrwać, ale nie pozwolił mi na to. Zrozumiałam, że nie powinnam uciekać. Przełykając łzy, pozwoliłam, by niewidzialny ogień oparzył moją dłoń.

Bibliotekarz puścił ją po chwili, wyraźnie skonfundowany, a ja zabrałam ją szybko, wciąż czując ból.

– Wygląda na to, że w twoich żyłach, mimo wszystko, płynie krew Julianów.

– Przecież płynie – odparłam, rozcierając rękę. W końcu przestałam płakać, ale nic nie rozumiałam z tego, co mówił.

– Nie powinna. Twój ojciec nie należy do dynastii. Jest uzurpatorem, który wiele lat temu zabił prawowitego króla i całą jego rodzinę, samemu zasiadając na tronie. W Koladii od niemal piętnastu lat nikt nie słyszał legendy o Herosach.

– Nieprawda – powiedziałam, drżąc na całym ciele. Wciąż dotykałam bolącego miejsca na dłoni, starając się nie dopuszczać do siebie tego, co przed chwilą usłyszałam. – Mój ojciec jest prawowitym królem Koladii – powiedziałam z mocą. – I to, że nikt od piętnastu lat nie słyszał legendy o Herosach, to też nieprawda. Gdy byłam mała, Beatrycze opowiadała mi je do snu.

– Beatrycze! – krzyknął, a w jego głosie było mnóstwo bólu. Spojrzał na mnie, zatroskany.

– Beatrycze wykonała kawał dobrej roboty – rzekł z dziwną czułością w głosie. – Twój ojciec nie jest potomkiem Julianów. Jest zdrajcą, królobójcą i uzurpatorem, który nigdy nie powinien był zasiąść na tronie Koladii. On nawet nie pochodzi z naszej krainy!

Puściłam bolącą rękę, bo nagle mi się wydało, że wszystko, co robię, nie ma sensu.

Mój ojciec nie był prawdziwym królem?

Przełknęłam gulę, która tworzyła się w moim gardle i zaplotłam nerwowo spocone dłonie. Miałam takie przemyślenia tuż przed śmiercią Alberta, ale od tego czasu…

To dlatego kazał mi go zabić. To nie było kłamstwo, które go denerwowało, to była prawda, którą każdy znał, ale ojciec dążył do tego, by ludzie obawiali się jej mówić. Prawda ukrywana zbyt długo staje się kłamstwem – tak mawiała Beatrycze…!

Ta myśl zelektryzowała mnie. Teraz już się domyślałam, co opiekunka chciała mi w ten sposób przekazać.

Spojrzałam na pana Bartłomieja, nie mogąc się z tym pogodzić.

– Twój ojciec wśród ludu jest znany jako Brunon Krwawy, gdyż cała historia Koladii nie zna człowieka, który zabiłby tak wielu niewinnych w tak bestialski sposób.

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?! – wybuchnęłam, wciąż uciekając przed tym, co wyjawił. – Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś spiskowcem, który chce zabić prawowitego władcę Koladii i sam zasiąść na tronie?!

Bardzo nie chciałam wierzyć w to, co mówił.

– Cyntio, znam cię nie od dziś i wiem, że wielokrotnie zdążyłaś przeczytać tom siódmy, zanim przyszłaś do mnie. W tej książce znajdziesz wszystkie odpowiedzi na swoje pytania. Wystarczy je chcieć zobaczyć.

Ale ja tak bardzo nie chciałam!

Pragnęłam być królową, która będzie rządziła tak dobrze jak mój ojciec, jednocześnie nie będąc tak okrutną w stosunku do otoczenia. Przecież wiedziałam, że dawni przyjaciele znikali, przecież sama nieraz doświadczyłam przemocy ze strony króla, ale przecież dobry władca nie musi, a nawet nie może być miły!

Ale tego uczył mnie ojciec…

Rozpłakałam się na nowo, zaczęła mnie boleć głowa, bo już brakowało mi łez. To było za dużo.

Pan Bartłomiej wstał z krzesła i powoli do mnie podszedł. Delikatnie podniósł mnie z siedzenia i, po raz pierwszy od dziesięciu lat, zostałam przytulona. Ostrożnie i tak jakby nieporadnie, ale ten gest niósł ze sobą dużo spokoju, którego tak bardzo mi teraz brakowało. Dlatego po chwili wahania wtuliłam się w niego delikatnie, jak nieufne dziecko pragnące rodzica.

Tak, jak nigdy nie wtulałam się w ojca.

Tak, jak kiedyś wtulałam się w Beatrycze.

NASTĘPNA CZĘŚĆ

POPRZEDNIA CZĘŚĆ

***

Dzisiaj, ze względu na ten pierwszy prawdziwe jesienny dzień, zdecydowałam się opublikować kolejną część Cyntii. Tekst dłuższy, w sam raz do przeczytania z kubkiem ciepłej herbaty w ręce. Mam nadzieję, że ta historia Was wciągnęła.

Do napisania!

Marsy

Zdjęcie: Tamara Menzi

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry