Cyntia – część 3.

Zamek to ilustracja do 3 części opowiadania fantasy Cyntia

Wiele razy od tego czasu pytałam ojca, kim była moja matka. Tłumaczyłam mu, że Edward uczy mnie teraz o rozmnażaniu i bardzo zaciekawiła mnie czysto przyrodnicza strona mojego pochodzenia.

Za każdym razem wymawiał się inaczej.

Nie pamiętał, nie chciał pamiętać. Matka została wypędzona, zmarła. Była pięknością, która błyszczała przy nim; była nędzarką, która pragnęła jego towarzystwa i się nad nią ulitował… Teorii było mnóstwo, jakby całkiem zapominał, że pytanie o matkę już padało i wtedy odpowiadał w inny sposób. Nikt z dworu – a właściwie nikt z garstki osób, które mogłam zapytać o matkę, nie znał kobiety, która mnie urodziła. Co śmieszniejsze, nikt też nie pamiętał, w jaki sposób ja pojawiłam się u boku króla. Po prostu pewnego dnia ojciec przedstawił mnie jako swoją córkę i tak już zostało – nikt nie zadawał zbędnych pytań. Pan Bartłomiej twierdził, że za tym zanikiem pamięci stoi coś więcej niż tylko ludzka niedoskonałość. Miał teorię, że to właśnie dzięki matce w moich żyłach płynęła krew Julianów, a skoro moja rodzicielka miała tak szlachetne korzenie, musiała umieć posługiwać się magią. Szczerze mówiąc, nie miało to wtedy dla mnie większego znaczenia.

Lekcje przyrodnicze z Edwardem, które wyjaśniały mi w jaki sposób powstają dzieci i jaką rolę w ich życiu odgrywają rodzice, uświadomiły mi, czego do tej pory tak bardzo brakowało mi w życiu.

Beatrycze.

Zawsze ona pozostawała moją ostoją i do niej wracałam w swoich myślach, choć zajmowała się mną tak dawno temu i przez stosunkowo krótki czas. Niemniej jednak właśnie ona była dla mnie synonimem tego, co Edward określał słowem matka. Od jakichś dziesięciu lat tęskniłam za czymś, czego nie potrafiłam nazwać, czego nie mógł mi dać ojciec.

Nie potrafiłam wybaczyć mu tego, że nie jest w stanie mi niczego powiedzieć na temat kobiety, która urodziła jego córkę. Nawet jeśli ta rzuciła na niego klątwę, wina była po jego stronie.

Ona musiała mieć jakiś powód.

Dlatego pozwalałam panu Bartłomiejowi uczyć się alternatywnej historii Koladii.

***

Dzień moich piętnastych urodzin był dla mnie bardzo ważny. Był to moment, kiedy otrzymałam w końcu zgodę od ojca na nieoficjalne wyjścia z zamku. Formalnie miałam zostać przedstawiona ludowi dopiero w dniu swoich osiemnastych urodzin, jednak tradycją dworu było, że już trzy lata wcześniej dzieci króla mogły opuszczać pałac – oczywiście pod opieką i w przebraniu. Ojciec nie doszukał się w moim zachowaniu niczego, co by dyskwalifikowało jego zgodę na moje wyjścia, dlatego wydał pozwolenie. Byłam bardzo szczęśliwa, choć on nie domyślał się powodów.

Dwa lata to był bardzo długi czas wypełniony przede wszystkim nauką; nauką geografii, historii (tej prawdziwej i nie), prawa, ekonomii i matematyki, ale też władania bronią czy jazdy konno. Ojciec pieczołowicie przygotowywał mnie do objęcia po nim tronu. Ja sama zaś miałam bardzo dużo czasu, by myśleć o tym, jaką powinnam odegrać rolę w dziejach Koladii – bo ta mogła nie być do końca taka, jakiej mógłby życzyć sobie król. Dlatego tak właśnie czekałam na dzień moich piętnastych urodzin.

Pan Bartłomiej obiecał, że osobiście będzie towarzyszył mi w moim pierwszym wyjściu. Ojciec ufał mu, jak na mój gust za bardzo, więc zgodził się bez przeszkód na taki wybór opiekuna. Nie przewidział jednak tego, że cichy bibliotekarz będzie chciał pokazać mi coś więcej niż tylko bogatszą część miasta, pełną sprowadzonych popleczników króla.

Gdy opuściliśmy mury zamku i trafiliśmy między bogate domy arystokratów, nie odczułam żadnej różnicy. Rezydencje i uliczki wyglądały zupełnie tak samo jak dwór i pałacowy dziedziniec. Na każdym kroku spotykaliśmy uśmiechniętych ludzi, którzy – zagadnięci – wychwalali dobroć króla. Nie wiedziałam, co o tym myśleć.

Od pamiętnej nocy w bibliotece, gdy pan Bartłomiej oświadczył, że mój ojciec nie należy do rodu Julianów, miałam wiele czasu na przemyślenia. Bibliotekarz obiecał, że nie będzie nalegał na decyzję, co zrobię z posiadaną wiedzą, tak długo, jak tylko go nie zdradzę. Wiedziałam, że chroni go zaufanie króla i magia, której nie rozumiałam, więc nawet nie próbowałam donosić – zresztą nie chciałam. Pozwoliłam, żeby przez dwa lata uczył mnie potajemnie innej historii niż tej, której byłam uczona za dnia i czekałam z niecierpliwością na moment, kiedy na własnej skórze przekonam się, która wersja jest prawdziwa. Weryfikacja miała być prosta – wierzyłam, że gdy opuszczę zamek i przejdę przez cały Arbas to będę znała odpowiedź.

Ludzie mogą kłamać, ale ich domy i twarze już nie.

Dlatego uśmiechy na twarzach arystokratów tak bardzo mnie niepokoiły – choć niepokoiły to może niezbyt dobre słowo. Wiedziałam, że będę musiała ostatecznie zdecydować, kogo poprę, ale ta decyzja nie była dla mnie łatwa. Z jednej strony pragnęłam, by życie toczyło się według dawno nadanego toru – by mój ojciec był prawdziwym królem, a ja bym mogła po jego śmierci, tak po prostu, objąć tron. Rządziłabym na pewno lepiej i chyba tak realnie nie byłoby to złe – jeśli wierzyć w słowa pana Bartłomieja o tym, że jestem potomkinią Julianów. To rozwiązanie miało jednak pewne minusy – takie jak tysiące niewinnych ofiar reżimu (wedle słów bibliotekarza), starania mojego ojca o znalezienie możliwości przedłużenia swojego życia oraz ciągły strach przed tym, czy aby na pewno będę potrafiła być we wszystkim mu posłuszna aż do jego śmierci. Do tego dochodziła gorycz świadomości braku matki i wspomnienie twarzy Alberta, który – mimo wszystko – nie zasługiwał na śmierć. Tak samo jak ja nie chciałam mieć krwi na rękach. Chociaż – jeśli wierzyć w słowa pana Bartłomieja – w tej krwi zostałam już wykąpana, bo ciążyły na mnie zbrodnie ojca.

Syn mordercy sam jest mordercą.

Trudno się pozbyć tych plam.

Więc gdy wraz z panem Bartłomiejem złamaliśmy zakaz i opuściliśmy bogatszą część miasta, poczułam na plecach brzemię tak wyraźnie jak nigdy przedtem. Szare uliczki i domki stanowiły wyraźny kontrast w stosunku do kwiatów w oknach i kolorowego bruku. Pył i kurz, a także nieprzyjemny zapach unosił się w powietrzu – choć może to było tylko złudzenie. Mało kogo można było spotkać po drodze, a pan Bartłomiej tłumaczył, że o tej porze ludzie są albo w polu, albo na rynku, próbując zdobyć deficytowe towary.

Nie mogąc znieść tej pustki, poprosiłam, byśmy udali się w stronę śródmiasteczka.

Bibliotekarz nie chciał się zgodzić. Próbował tłumaczyć, że o tej porze na Małym Placu nikogo nie będzie, ale mało obchodziły mnie jego słowa. Chciałam na własne oczy zobaczyć historyczne centrum Arbasu, a mój opiekun wiedział, że nie powinien mi tego zabraniać – wszak obiecał mi, że sama będę mogła wybrać, gdzie pójdziemy. Dlatego po krótkiej dyskusji zgodził się – choć bez przekonania.

Niezbyt duży plac – sporo mniejszy od dziedzińca naszego zamku – wbrew słowom mojego opiekuna był wypełniony przekrzykującymi się kobietami i starcami. Ogromny tłum napierał na podwyższenie, na którym stał Wojciech, jeden z bliższych doradców króla, a wraz z nim kilku wojskowych. Reszta żołnierzy stała z boku podwyższenia, gotowa do ataku w razie potrzeby.

Skuliłam się, a pan Bartłomiej pociągnął mnie za sobą i wmieszał się razem ze mną w tłum, rozumiejąc to, że boję się zostać rozpoznaną przez Wojciecha. Nie rozumiałam jednak, dlaczego bibliotekarz mnie okłamał.

– Ciszej, ludzie! – zadarł się wojskowy, a tłum natychmiast ucichł ze strachu przed karą. – Dzisiaj mam dla was Grzegorza, Henryka i Janusza!

Gdy wypowiadał swoje słowa, żołnierze stojący za nim na podwyższeniu, postąpili do przodu. Dopiero teraz dostrzegłam, że trzymali w rękach lekko czerwone płócienne worki. Zanim zdążyłam zareagować, pan Bartłomiej zatkał mi ręką usta, a wojskowi opróżnili torby. Wśród tłumu rozległo się nieludzkie zawodzenie, gdy okazało się, że ze środka wypadły trzy korpusy i trzy głowy. Sama pisnęłam, co wytłumiła ręka bibliotekarza, ale nie zamknęłam oczu, nie mogąc oderwać przerażonego spojrzenia od ciał.

Zrozumiałam, dlaczego mój opiekun tak bardzo nie chciał, bym się tu znalazła.

– Moi synowie! Moi kochani synowie! – jakaś kobieta krzyczała wniebogłosy, a tłum rozstąpił się jakby była trędowata, dzięki czemu można było ją dostrzec.

Była w średnim wieku, szczupła, z niegdyś białą chustą na głowie, skromnie ubrana. Opadła na kolana, zawodząc żałośnie, a tłum odsuwał się od niej, jakby każdy bał się, że zaraz zostanie posądzony o bliższą znajomość z nią. W pierwszej chwili chciałam ruszyć w jej stronę, pocieszyć, pomóc, nie rozumiejąc okrucieństwa tych ludzi, ale silny uścisk mojego opiekuna zatrzymał mnie w miejscu. Zrozumiałam, że nie jest to najlepszy pomysł.

– Przyprowadzić ją! – zadarł się Wojciech.

Kobieta zaskomlała, gdy otoczyło ją kilku żołnierzy, ale nie protestowała, gdy ją pojmali i zaprowadzili na podest.

– Imię? – zaskrzeczał doradca.

Nie odpowiedziała, ciągle płacząc. Mężczyzna zamachnął się i uderzył ją pięścią w twarz. Zakwiliła, ale ja nie byłam w stanie dostrzec, jak dużą krzywdę jej wyrządził.

– Imię, zapytałem!

Padła odpowiedź, której nie dałam rady usłyszeć.

– Klara! To dobre imię dla dziwki! – Wojciech zaśmiał się rubasznie, po czym gwałtownie zerwał chustkę z głowy kobiety.

Ta zaskomlała z bólu, a na jej ramiona opadły szarobrązowe włosy. Wciąż płakała. Płakała też wtedy, gdy zdzierał z niej suknię, pozostawiając nagą na oczach ludzi.

– No, chłopaki, który pierwszy?

Nie chciałam wiedzieć, co się dalej działo. Zatkałam oczy i uszy, gdy pan Bartłomiej wyprowadzał mnie z tłumu, ale i tak wszystko słyszałam.

Wrzask, nieludzki wrzask i upodlenie, największe w życiu upodlenie.

Tej nocy w ogóle nie spałam, płacząc w poduszkę i przysięgając, że zabiję, w najbardziej brutalny sposób, jaki będę potrafiła, zabiję każdego z tych… tych… skurwysynów. Tak, skurwysynów. Nigdy wcześniej nie używałam tego słowa, ale teraz było tak adekwatne…

Za Klarę. Za każdą inną kobietę.

Za całą Koladię.

***

Raz jeszcze wyszłam do miasta pod opieką pana Bartłomieja i raz pod opieką Sebastiana, mojego nauczyciela historii, który na tym stanowisku zastąpił Alberta. Sebastian był jednym z najbardziej oddanych ludzi mojego ojca i wiedziałam, że pokaże mi świat takim, jakim król chce, abym go widziała. Chodziliśmy więc między bogatymi domami arystokratów, po kolorowych uliczkach, wdychając zapach kwiatów i gdzieniegdzie gotowanego już obiadu. Ośmieliłam się zadać tylko jedno pytanie, o Mały Plac, a on wskazał mi dziedziniec, gdzie akurat zawitał kolorowy jarmark, na którym handlarze prezentowali swoje piękne i egzotyczne towary, a miejscowi bogacze targowali się o nie, udając, że są dla nich zbyt drogie. Mój przewodnik nie miał pojęcia o tym, że poznałam się na jego kłamstwie. Mały Plac był dziedzińcem, na który za pierwszym razem zaprowadził mnie pan Bartłomiej – a za słowami bibliotekarza stały książki, o których istnieniu Sebastian najpewniej nie miał pojęcia. Im więcej splendoru, radości i beztroski widziałam na pokazywanych ulicach, im więcej pogardy widziałam w moim nauczycielu historii względem pozostałych terenów miasta, tym bardziej utwierdzałam się w swojej decyzji, choć ta nie była łatwa.

Musiałam pozbawić władzy swojego ojca.

Podjęta decyzja ciążyła.

Mocne przytulenie i pocałunek w policzek od pana Bartłomieja na wieść o moim postanowieniu zelektryzowały. Czując ciepło i zapach jego ciała, gdy trzymał mnie swoich ramionach, wiedziałam, że jestem bezpieczna. Ślad po pocałunku pulsował, bo nie pamiętałam nawet, czy chociaż Beatrycze mnie całowała. Choć bibliotekarz był człowiekiem raczej powściągliwym i to był drugi raz, kiedy mnie objął, to przez ostatnie dwa lata i tak otrzymałam od niego więcej uczucia niż od ojca przez całe swoje życie. Dlatego ta bliskość utwierdziła mnie w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję i mocniej wtuliłam się w mężczyznę.

Rozmowa o tym, jak dokonać niemożliwego, musiała jednak kiedyś nadejść.

Gotowe rozwiązanie, owszem, istniało, jednak wiedzieliśmy, że jest ostatecznością i nie chcieliśmy po nie sięgać.

Tak więc nasze spotkania z lekcji historii przeistoczyły się w planowanie. Pomysłów było wiele, ale wygasały jeden po drugim, kiedy tylko kolejny rebeliant został skazywany na śmierć. Do tej pory nie wiedziałam jak wielu ich było, ale mając skończone piętnaście lat i posiadając już pewne wykształcenie, zostałam przez ojca dopuszczona do udziału w prywatnych procesach. Patrzyłam w twarz ludziom, którzy czasem byli najbliższymi przyjaciółmi pana Bartłomieja, a czasem wręcz przeciwnie – stanowili zagorzałych zwolenników króla niesłusznie oskarżonych o zdradę. Każdy z nich jednak kończył bez głowy, za każdym z nich stała inna historia opowiadana mi przez bibliotekarza. Dzięki temu wszystkiemu zrozumiałam, dlaczego ten nie afiszował się publicznie znajomościami z ludźmi, których nazywał przyjaciółmi i dlaczego nie zdradził współtowarzyszom tego, że zdecydowałam stanąć się po ich stronie. To wszystko było zbyt niebezpieczne, a nieludzkie tortury i więzienie nie stanowiły wylęgarni pięknych i niezłomnych dusz – wręcz przeciwnie. Wielu było takich, co za cenę wolności, której i tak nie otrzymali, czy szybszej i mniej bolesnej śmierci zdradzali swoje rodziny i swoich najbliższych. Większość z nich przyznawała, że w zamku jest szpieg, który kieruje rebeliantami, ale król nie potrafił go znaleźć. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na zabicie wszystkich osób mieszkających na dworze, a dekapitacja losowo wybranych dworzan nie przyniesie dobrego efektu (w przeciwieństwie do zabijania bez powodu losowych osób z ludu). Dlatego też nastały czasy, kiedy każdy w zamku, włącznie ze mną, miał się na baczności; musieliśmy zaniechać spotkań z panem Bartłomiejem, aby nie padł na nas choć cień podejrzenia.

Nadszedł jednak też i dzień, kiedy jeden z rebeliantów podał królowi imię bibliotekarza.

Pamiętam, że biegłam jak oszalała przez kamienne korytarze zamku, dowiedziawszy się od Kariny, że aresztowano pana Bartłomieja. Błagając w myślach wszystkie znane i nieznane sobie bóstwa o ratunek, wpadłam do sali południowej, w której odbywały się sądy. Do dzisiaj pamiętam zdziwienie ojca na widok mojego wzburzenia i do dzisiaj pamiętam każdą ranę i każdego siniaka na twarzy mojego nauczyciela.

– Cyntio, dlaczego nam przeszkadzasz? – Ojciec nie był zadowolony z mojej obecności, ale też widać po nim było, że się nie spodziewał mojego pojawienia się.

Spojrzałam na niego chłodno. Wiedziałam, że jedynie gra pozwoli mi wygrać z nim tę potyczkę.

– Nie zostałam poinformowana o rozprawie – powiedziałam wolno, nawet nie spoglądając na bibliotekarza.

– Sądziłem, że jesteś zbyt delikatna, aby oglądać proces twojego dotychczasowego opiekuna.

Powieka mu nawet nie drgnęła, gdy wypowiadał te słowa. Nie wiedziałam, czy były prawdą. Musiałam zaryzykować.

– Bzdura! – krzyknęłam, a na ten krzyk wzdrygnęli się wszyscy, nawet król. Spojrzałam na niego, pozwalając wyjść na jaw mojej wściekłości. – Nie mogę pojąć tego, że mój rodzony ojciec pozwala z siebie robić głupka!

Po tym zdaniu nastała cisza. Wszyscy obecni na sali wstrzymali oddech, a ja czułam wbite w siebie przerażone spojrzenie pana Bartłomieja. Co ty robisz, dziewczyno?! Chcesz, by i ciebie zabił?! Doskonale wiedziałam, co by do mnie krzyknął, gdyby mógł. Nie zważałam na to.

Byłam córką Brunona Krwawego i musiałam udowodnić, że w moich żyłach płynęła jego krew.

– Czy ja się nie przesłyszałem? – głos ojca, gdy ten wyszedł z szoku, był niepokojąco spokojny. Spokojny z ledwo wyczuwalną nutą gniewu w tle, gniewu tak strasznego, że gotów był mi natychmiast odrąbać głowę.

– Ojcze, przebacz, ale nie mogę pozwolić na to, byś zabił kogoś tak oddanego twej koronie! – odparłam z mocą, wskazując na więźnia. – Przecież pełniąc funkcję bibliotekarza, miał już milion okazji do tego, by wzniecić bunt. Jest szanowany, zarówno wśród wojskowych, jak i wśród ludu. Przecież ma dostęp do wiedzy – a sam, ojcze, wykładałeś mi, że to książki są źródłem władzy i to od nich zależy panowanie, dopiero na drugim miejscu jest twarda ręka. Pomyśl, ojcze, ile on książek mógłby przeredagować i ile kłamliwej wiedzy wypuścić do ludzi, a zwłaszcza do mnie! Przecież to JA od lat niemalże mieszkam w bibliotece, przeczytawszy prawie wszystkie tomy. Skoro jest przywódcą rebelii, dlaczego, na bogów, nic do tej pory nie zrobił?! Ojcze! Przecież Bartłomiej to człowiek inteligentny, a rebelianci są półgłówkami. Sam mianowałeś go bibliotekarzem. Przecząc jego inteligencji, przeczysz swojej. A na to, ojcze, jako twoje pierworodne i jedyne dziecko, nie mogę pozwolić.

To była najcichsza cisza, jakiej doświadczyłam w życiu. Nikt nie odważył się chociażby odetchnąć czy odrobinę się poruszyć. Oczy wszystkich skierowane były na króla i wszyscy byli pewni tego, że zaraz zginę.

Dotarło do mnie z całą mocą to, co zrobiłam, ale nie było już odwrotu.

Nie wiedziałam, kiedy dokładnie aresztowali Bartłomieja i czy był torturowany. Jeśli tak, zawsze mógł się wydać, aby nie poświęcać życia innych i abym ja sama mogła dokonać przewrotu. Jeżeli faktycznie tak było, swoją brawurą mogłam właśnie podpisać własny wyrok śmierci. A poza tym wszystkim, w ogóle nie mogłam mieć pewności, czy moja strategia zadziała. Ogarnął mnie niepokój i poczułam, jak zaczynają się pocić moje dłonie. W ostatniej chwili powstrzymałam odruch i nie zaczęłam nerwowo splatać palców. Wiedziałam, że nie powinnam zdradzać zdenerwowania. Nie teraz, nie o krok od wyroku śmierci, kiedy uratować mnie mogła jedynie duma.

Twarz ojca wyrażała milion emocji naraz. Widziałam, że targały nim gniew, szok, oburzenie i niedowierzanie, ale też intensywnie nad czymś myślał, jakby… jakby… Jakby zastanawiając się, czy moje słowa mają jakiś sens?

W moim sercu zakiełkowała nadzieja, która zaraz zgasła pod wpływem niespodziewanego pytania.

– Cyntio, kim jest Gabriel?

Zaskoczona rozglądnęłam się po pomieszczeniu i ponownie spojrzałam na ojca. Na jego twarzy wciąż gniew walczył z uczuciem, którego nie potrafiłam nazwać, a w głosie brzmiała wyłącznie wrogość.

– Jaki Gabriel? – odparłam, nic nie rozumiejąc i próbując nie zdradzić się ze swoją zakazaną wiedzą. – Co ma z tym wspólnego jakiś Gabriel?!

– Bartłomiej, którego tak bronisz, twierdził, że założycielem Koladii był niejaki Gabriel.

Nie wiedziałam, jak mam się zachować, ale rozsądek podpowiadał, aby nie patrzeć w stronę więźnia i wciąż udawać, że nigdy nie słyszałam tego imienia.

– Bzdura. Pan Bartłomiej by tak nigdy nie powiedział. Koladię założył Julian, nasz praojciec – niemalże wyrecytowałam formułkę, której uczył mnie Sebastian.

Co król chciał osiągnąć?! Emocje niemalże rozsadzały mnie od środka i nie byłam pewna, czy dam radę dłużej zachować maskę.

Przedłużającą się ciszę przerwał jeden, męski krzyk.

– A właśnie, że nie! Koladię założyli Herosi, a twój ojciec to uzurpator!

Wszystko potem potoczyło się zbyt szybko.

Żołnierze pochwycili jednego ze swoich, który do tej pory pilnował drzwi. Na twarzy wojskowego, którego widziałam po raz pierwszy w życiu, widniała determinacja, choć w oczach czaił się też strach.

Na bogów, dlaczego zdradził się w tak głupi sposób?!

Gdy przytargali go przed oblicze króla, odważyłam się spojrzeć na rebelianta. Wiedziałam, że trudno będzie mi zachować kamienną twarz, ale naprawdę, naprawdę musiałam wiedzieć, dlaczego. Czyżby zbyt mało jego towarzyszy zostało wymordowanych, że on odkrył się tak bezmyślnie?!

– Aresztować go!

Krzyk ojca uwolnił jego wściekłość.

Ścisnęło mnie w gardle na myśl, że kolejny przyjaciel Bartłomieja straci życie, tym razem przez swoją głupotę. Musiałam choć na chwilę, choć na jeden moment złapać z nim kontakt wzrokowy. Tak bardzo chciałam wiedzieć, dlaczego…

Był przerażony i smutny, nie chciał umierać, na pewno. Ale w jego spojrzeniu było też dużo determinacji i stanowczości, które nie pasowały do kogoś, kto niechcący się zdradził. Jego słowa nie mogły być przypadkowym błędem.

Chciał poświęcić się za Bartłomieja i raz na zawsze wyeliminować plotki o szpiegu w zamku.

– Masz swojego rebelianta – powiedziałam do ojca, starając się, by w moim głosie zabrzmiała pogarda, choć tak naprawdę dławiło mnie w gardle.

Nie chciałam, by człowiek, którego imienia nie znałam został zabity; nie chciałam, bo ludzie tak szlachetni nigdy nie powinni cierpieć. Nie mogłam już jednak mu pomóc.

To była jego decyzja.

– Miałaś rację, Cyntio – zwrócił się do mnie ojciec, a ja odniosłam wrażenie, że nie tylko mi zabrakło słów.

Wiele godzin później dowiedziałam się, że wojskowy miał na imię Michał i ledwo miesiąc wcześniej ożenił się z Darią, o którą zabiegał przez dwa lata. Bartłomiej podczas przesłuchania do niczego się nie przyznał, a imię Gabriela było prowokacją ze strony ojca.

Tej nocy płakaliśmy obydwoje – i ja, i mój cudem ocalony opiekun. Płakaliśmy, bo ktoś za nas musiał zginąć, płakaliśmy, bo to było jedyne, na co było nas w tym momencie stać.

A ja nie byłam w stanie nawet powiedzieć, kiedy Bartłomiej przestał być dla mnie panem.

NASTĘPNA CZĘŚĆ (w przygotowaniu)

POPRZEDNIA CZĘŚĆ

Oryginalne zdjęcie: Unsplash.

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry