Czekolada deserowa – rozdział 2.

Ludzie stukający się kieliszkami to ilustracja 2 rozdziału powieści Czekolada deserowa

Sabat

Pierwsza noc spędzona w innym łóżku, w całkiem nowej pościeli wciąż pachnącej sklepem, o dziwo, nie była bezsenna. Gdy się obudziłam, słońce świeciło już od dawna, a mojej współlokatorki nie było. Spojrzałam nieprzytomnie na zegarek. Dziesiąta. Mogłam się spodziewać, że Paulina woli wcześniej wstawać. Przetarłam oczy i powoli podniosłam się z łóżka. Wciąż lekko nieprzytomna otworzyłam walizkę – nie zdążyłam jeszcze wyciągnąć z niej rzeczy – i chwyciłam pierwszą lepszą koszulkę, spodenki i bieliznę. Tak przygotowana udałam się do łazienki. Całe szczęście, że każdy z pokoi miał własną.

Cały dom wielkością przypominał raczej kamienicę. Parter, dwa piętra z poddaszem i spory ogródek były w pewnym sensie realizacją moich marzeń z dzieciństwa. Na samym dole mieściła się przestronna kuchnia z salonem, toaleta i pomieszczenie gospodarcze, gdzie znajdowała się między innymi pralka. Na piętrach mieściły się pokoje i łazienki do nich – w sumie było ich cztery, po dwa na piętro. Na pierwszym piętrze mieszkałyśmy my – to znaczy ja z Pauliną oraz Elwira ze Stefką; drugie piętro zajmowała Karolina i jej brat. To jedyna część domu, której dziewczyna mi nie pokazała, a ja nie miałam jej tego za złe – to była prywatna część życia, której nie chciała nikomu ujawniać, a przynajmniej nikomu obcemu. Wyobrażałam sobie, jak trudne musiało być dla niej samo wynajmowanie pokoi, które kiedyś zajmowali jej najbliżsi. Tak, nie było się co oszukiwać – w postawie Karoliny, w jej słowach i gestach doskonale widziałam ten sam rodzaj pustki, który odczuwałam ja; pustki po rodzicu, który był bliski, ale niespodziewanie odszedł. Jakaś część mnie pragnęła podejść do niej i powiedzieć: przeżyłam coś podobnego i wiem, co czujesz, ale rozsądek podpowiadał, że to nie jest najlepszy sposób. Zawsze uważałam, że nikt ze swoimi dobrymi radami – choćby nie wiem jak szczere miał chęci – nie jest w stanie mi pomóc poradzić sobie z tęsknotą i pustką. Dlaczego więc ja miałabym potrafić pomóc tej całkiem obcej dziewczynie, której strata była dwukrotnie większa od mojej?

Wykonałam poranną toaletę i zeszłam do kuchni, gdzie spotkałam panią domu.

– Cześć.

Na mój widok podniosła głowę znad czytanej książki i się delikatnie uśmiechnęła. Wyglądała prawie identycznie jak wczoraj: czarne, długie włosy związała w niedbały kok, ciemne oczy znów podkreśliła kredką w tym samym kolorze, a biała koszulka i dżinsowe ogrodniczki stanowiły niemalże kopię jej wczorajszego stroju. Jedyną różnicą było to, że tym razem miała usta pomalowane czerwoną szminką, dzięki czemu dostrzegłam, jakie są wydatne. Wiele kobiet marzyło o takich, poddając się przeróżnym zabiegom, ale Karoliny o to nie podejrzewałam. Długie rzęsy i pełne usta – tak, to był zdecydowanie ten typ urody, który przyciągał mężczyzn. Do tego całkiem duży biust, który maskowała zbyt obszernym t-shirtem i pewnie nie mogła odgonić się od adoratorów. Nie zazdrościłam jej tego; jeśli już o coś miałabym być zazdrosna, to o to, że miała chłopaka. O to, że była w związku, zapewne szczęśliwym, bo gdyby nie, to byłam pewna, że jej brat już dawno pogniłby tego faceta. To dziwne, nie znałam go, ale po prostu to wiedziałam. Albo raczej mi się zdawało.

Jak zwykle moja bujna wyobraźnia musiała dać o sobie znać.

– Wygląda na to, że Stefka wciąż dzierży tytuł największego śpiocha w tym domu – zażartowała Karolina, zamykając książkę.

Tytuł i autor nic mi nie mówiły, ale okładka podpowiadała, że to kryminał.

– To chyba dobrze, nie chciałabym jej pozbawiać jakichś zaszczytów – odparłam, również z uśmiechem.

Wyciągnęłam kubek z szafki i nastawiłam czajnik. Wczoraj dziewczyny wtajemniczyły mnie w funkcjonowanie domu, więc nie miałam już tylu obaw. Naczynia i wszystkie sprzęty były dobrem wspólnym, jak określiła to Stefka – a kto zbił talerz, musiał go odkupić. Tak samo nazywane były podstawowe artykuły takie jak środki czystości, papier toaletowy czy herbata i kawa. Te przedmioty finansowane były ze wspólnego funduszu, do którego każdy dokładał się po równo – tutaj Stefka również zażartowała, że nikt nikomu nie będzie liczył, ile papieru toaletowego zużywa (przynajmniej do momentu, gdy nie będzie nim wykładał ścian w swoim pokoju, jak dodała po chwili, przypominając kolejną ich szaloną współlokatorkę). Jedzenie stanowiło odrębną kwestię. W kuchni stała największa lodówka, jaką widziałam w życiu, a w niej każdy posiadał swoją własną, podpisaną półeczkę. Na mojej, którą wczoraj uroczyście podpisała Karolina, leżało masło, kilka plasterków szynki zawiniętej w papier i pół pomidora. To były zakupy zrobione jeszcze wcześniejszego dnia na szybko, a zapasy miałam uzupełnić dzisiaj. Za to półki pozostałych domowników mogły co nieco powiedzieć o charakterze swoich właścicieli.

Stefka miała kawałek kupionego ciasta, jedno jajko, dziesięć różnych opakowań szynki i sera po pięć deko każde oraz po połówce: pomidora, ogórka i papryki. Do tego kilka niepodpisanych słoików, których zawartości, jak przyznawała, sama nie znała – i czasem natrafiała na babciny sok porzeczkowy, czasem na zakwas na barszcz czerwony, a jeszcze kiedy indziej na dziadkową nalewkę, którą dostała w słoiku i zapomniała przelać do butelki. Wszystko było porozrzucane i w sumie nie miałam pojęcia, jak ona sięga po to, na co ma ochotę – jedynym wyjaśnieniem było, jak się wczoraj naocznie przekonałam, że Stefka wybierała zawsze losowe produkty z lodówki i z nich starała się coś przygotować – choćby miał to być śledź z masłem orzechowym. Dziewczyny żartowały, że w przyszłości ciążę Stefki będzie można przewidzieć w łatwy sposób – zacznie w końcu jeść normalnie. Nie mogłam nie uśmiechnąć się na te słowa.

Całkiem odwrotną półkę posiadała Elwira, która wszystko miała poukładane w próżniowych pojemnikach i starannie podpisane markerem. Żeby było śmieszniej, te były ułożone alfabetycznie, co mnie zdziwiło, bo Elwira na pierwszy rzut oka nie wyglądała na taką perfekcjonistkę. Wyglądała za to na wegetariankę, co potwierdziło jej bezmięsne menu. Gdy zapytałam ją o motyw takiej diety, odparła, że robi to dla zdrowia; dopiero za nią musiała wypowiedzieć się Paulina, która przyznała, że ruda ma niezwykle miękkie serce, jeżeli chodzi o zwierzęta, i nie mogłaby ich jeść. To był kolejny zaskakujący fakt o Elwirze.

Półka Pauliny wyglądałaby podobnie do mojej – gdyby ta była zapełniona. Parę jajek, trochę wędliny i żółtego sera, do tego warzywa i owoce. Jedyną jej słabością zdawał się być ketchup, którego ja nie znosiłam, a ona miała go z dziesięć opakowań: łagodny, ostry, z ziołami, bez ziół, diabelski, anielski, do pizzy, do grilla… Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że może być go tyle rodzajów, a Paulina dodawała go chyba do wszystkiego, jak zgodnie twierdziły dziewczyny.

Do półki pełnej owoców, z jogurtami naturalnymi, mlekiem migdałowym i olejem lnianym z kolei przyznawała się Karolina. Oprócz tego znajdował się tam kawałek sera białego i pieczonego indyka, którego dziewczyna nakładała sobie na kanapki i zjadała z domowym sosem barbecue, sałatą i korniszonami, które regularnie dostawała od Stefki. Ponoć to była jedyna rzecz, którą różowa przywoziła z domu i nie lubiła, więc przeprowadziła eksperyment i okazało się, że ogórki trafiają idealnie w gust pani domu. Karolina wczoraj usilnie namawiała mnie na spróbowanie, ale widząc gesty Stefki, która sugerowała natychmiastową śmierć i koniec świata po zjedzeniu kawałka, przezornie odmówiłam.

Dwie najwyższe półki – podpisane jako Krzysiek i Adam – były puste. Nie dziwiło to, bo przecież obydwaj byli poza domem, ale też utrudniało dowiedzenie się o nich czegokolwiek. Jeśli miałabym obstawiać, który z nich był bratem Karoliny, wskazałabym na Krzyśka, ale tylko ze względu na zgadzającą się pierwszą literę imienia. Poza tym, nie miałam wskazówek, a wstydziłam się pytać, nie chcąc być zbyt wścibską. Teraz też nie obawiałam się spotkania z chłopakami tak bardzo jak wczoraj – poznawszy trochę dziewczyny zyskałam odrobinę pewności, że męska część współlokatorów również okaże się przyjazna.

Woda w czajniku się zagotowała, więc zalałam wrzątkiem swoją herbatę i zaczęłam przygotowywać sobie skromne śniadanie. Dzisiaj nie miałam wielkich planów – czekał mnie długi i samotny spacer po okolicy. Wprawdzie Stefka oferowała, że chętnie wcieli się w rolę przewodnika, jednak ja potrzebowałam dzisiaj być sama ze swoimi myślami. Poza tym, wieczorem jeszcze miał się odbyć ten właściwy wieczór zapoznawczy, bo wczoraj nie było na to czasu, a dziewczyny chciały mnie poznać bliżej. Zresztą, musiałam sama przed sobą przyznać, że i ja miałam ochotę dowiedzieć się więcej na ich temat: pierwszy raz miałam okazję znaleźć się w tak licznym i zgranym damskim gronie. Dotychczas trzymałam się na uboczu, w szkole podtrzymując tylko luźne znajomości i tak właściwie tylko Patryk był jedyną bliską mi osobą spoza rodziny. Pomimo mojego początkowego przerażenia, dziewczyny okazały się być bardzo miłe i pomocne – a gdy pojechałyśmy na zakupy, pierwszy raz poczułam się częścią jakiejś grupy. Nie chciałam tego stracić, bo poczułam, że wreszcie mam szansę wyrwać się z marazmu, w którym trwałam prawie dziesięć lat.

***

Do domu zawitałam wieczorem, zmęczona niemiłosiernie. Przez cały dzień przeszłam całą najbliższą, ale też i nieco dalszą okolicę, zapamiętując nazwy ulic i poznając rzędy wiekowych budynków.

Jakże tu było pięknie!

Chodząc po brukowanych alejkach otaczających Rynek Starego Miasta, oglądając odrestaurowane kamieniczki, czułam, jakbym przeniosła się wiele wieków wstecz. Pomiędzy budynkami przebijały się promienie jesiennego słońca, które wciąż przyjemnie grzało, ale nie parzyło; w powietrzu unosił się zapach jedzenia z restauracji, których w centrum było mnóstwo, oraz pewnej świeżości, której nigdy nie zaznałam, spędzając całe życie w zatrutym dymem mieście. Pomimo tego, że to był przecież środek metropolii, dało się słyszeć śpiew ptaków – nie szum samochodów, które w pobliże rynku wjazdu nie miały – a ludzie… Ludzie wydawali się jakby życzliwsi niż w mojej rodzinnej miejscowości. Już po pierwszych kilkunastu minutach spaceru wyłączyłam Google Mapsy w telefonie i przezwyciężyłam nieśmiałość, podchodząc do przypadkowej kobiety i pytając o drogę. Była jedną z wielu, ale żadna ze spotkanych osób nie sprawiła mi przykrości, a duma z tego, że przestałam chować się przed ludźmi, dodały mi lekkości i przegoniły wszystkie smutki. W końcu uwierzyłam, że to tu może zacząć się moje życie.

Pierwszy raz, odkąd poznałam Agatę, pomyślałam, że może tata faktycznie jest szczęśliwy i zamiast mazać się z powodu takiej, a nie innej macochy, powinnam cieszyć się tym, że nie jest samotny. Od śmierci mamy minęło blisko dziesięć lat; raptem przed trzema po raz pierwszy od tego czasu zobaczyłam uśmiech na twarzy ojca. Może faktycznie zachowywałam się jak egoistka, może to ja powodowałam kłótnie z Agatą…? Na takie wnioski chyba było za wcześnie, ale miałam pewność co do jednego: coś się zmieniło. I tym czymś byłam ja.

***

Na ten wieczór salon zmienił się w tajemniczą komnatę, a ja poczułam, że pierwszy raz w życiu mam okazję wziąć udział w sabacie czarownic. Dziewczyny zgasiły górny żyrandol – jedynym źródłem światła pozostawał mały kinkiet i mnóstwo świec porozkładanych tu i ówdzie. Stół został przestawiony na bok, a zazwyczaj biały koronkowy obrus zmieniono na ciemny, granatowy. Na jego blacie dziewczyny poustawiały mało mroczne przekąski, ale ich cienie tańczyły magicznie na ścianach w blasku świec. Na środku pokoju, na dywanie, w kształt okręgu poustawiano poduszki, a zanim usiadłyśmy, wypiłyśmy toast tajemniczą miksturą, która sprawiła, że moje gardło zapłonęło żywym ogniem i przez dłuższą chwilę nie mogłam złapać powietrza, krztusząc się. Elwira zaśmiała się, Paulina doskoczyła do mnie, zmartwiona, Karolina powiedziała coś z wyrzutem do Stefki, a ta zachichotała radośnie i oznajmiła, że tak właśnie powinna wyglądać inicjacja. Gdy doszłam w końcu do siebie, usiadłyśmy na poduszkach – a w mojej dłoni znów wylądował kieliszek. Tym razem podeszłam do niego z rezerwą.

– Jako pani domu, czuję się zobowiązana do tego, by zacząć – uśmiechnęła się Karolina. – To wieczór zapoznawczy, ale nie masz się czego martwić – myślę, że nie tylko my jesteśmy ciekawe ciebie, ale i ty nas. Zawsze mamy nadzieję na to, że spotkamy kogoś, kto zamieszka z nami dłużej – choć dotychczasowy rekord należy do Renaty i wynosi trzy miesiące – zaśmiała się na te słowa, a dziewczyny jej zawtórowały.

Uśmiechnęłam się i ja, choć nie była to aż tak wesoła informacja. Moje współlokatorki jak dotąd były miłe – trochę zwariowane, ale jednak miłe – lecz to dziwne, że nikt nie potrafił z nimi długo wytrzymać. Trudno było mi do końca uwierzyć, że wina tkwiła jedynie w obcych. Na razie jednak postanowiłam pozostać neutralna.

– Mamy nadzieję, że zostaniesz z nami dłużej – zwróciła się do mnie ciepło Paulina, a ja znowu odpowiedziałam uśmiechem.

– Chociaż niewiele o tobie wiemy – rzuciła od razu Stefka. – Jesteś z daleka, musisz być strasznie nieśmiała, bo wszystko za ciebie załatwiał chłopak…

– Całkiem przystojny chłopak! – wtrąciła od razu Elwira.

– Tak, przystojny – zgodziła się różowa, nawet się nad tym nie zastanawiając. – I wiemy też, że chciałaś się wyrwać z domu. Trochę mało – wyszczerzyła zęby.

Westchnęłam, bo miałam świadomość, że kiedyś będę musiała co nieco o sobie powiedzieć – ale wciąż nie byłam na to przygotowana.

– No dobra – wzięłam głęboki oddech. – Ten chłopak, który tutaj był, nie jest moim chłopakiem. W sensie, nie jesteśmy parą. To mój przyjaciel – brwi Elwiry podjechały do góry i prychnęła z niedowierzaniem, ale zignorowałam to. – Na imię ma Patryk. Mój ojciec w tym roku ożenił się z kobietą, z którą wyjątkowo się nie lubię i to właśnie Patryk namówił mnie na wyjazd z domu, bo widział jak bardzo źle się tam czuję po ślubie. Trochę głupia historia, ale całe życie spędziłam w jednym miejscu i wyjazd był dla mnie czymś… nie do pomyślenia. Ale stało się, jestem tutaj, i mam nadzieję, że już wszystko będzie w porządku – uśmiechnęłam się i miałam nadzieję, że był to ciepły uśmiech, pozbawiony żalu, smutku i tych wszystkich złych emocji, które czułam w związku z tym, że musiałam wyjechać.

Spojrzałam na kieliszek i zdecydowałam się jednak na skosztowanie odrobiny jego zawartości. Drugi raz był łatwiejszy – gardło zapłonęło, owszem, ale tylko na chwilę, za to alkohol dodał mi odrobinę otuchy i odwagi.

– To trochę historia jak z Kopciuszka – powiedziała do mnie ciepło Paulina.

– Kopciuszek był smutniejszy – stwierdziła Karolina, przyglądając mi się uważnie.

– Dlaczego?

– Bo jej matka nie żyła, a macocha ją więziła i zmuszała do niewolniczej pracy.

– Ale Kopciuszek spotkała księcia i wszystko skończyło się dobrze! – wtrąciła się Stefka. – I tego zakończenia się trzymajmy – puściła do mnie oko.

Nie chciałam wyprowadzać ich z błędu, jeszcze nie teraz. Nie lubiłam mówić o śmierci mamy, bo ludzie od razu się nade mną litowali – a to było co najmniej krępujące. Nikomu też nie opisywałam ze szczegółami tego, jak traktowała mnie Agata – bo nikt by też nie uwierzył. Patryk też nie wiedział wszystkiego – bo pewnie wydostałby mnie z tego piekła szybciej.

Nie chciałam też, by był to dla mnie smutny wieczór. Dziewczyny były radosne i zapragnęłam tego nastroju dla siebie. Dlatego też odgoniłam nieprzyjemne myśli i jeszcze raz skosztowałam alkoholu.

– No to ja zacznę! – wyrwała się Stefka po chwili ciszy, która zapadła. – Tośka nie jest chętna do zwierzeń, a ja za to nie mam tajemnic. Studiuję dziennikarstwo, jestem na trzecim roku, mieszkam zaledwie sto kilometrów stąd, ale matka i siostra wywaliły mnie z domu, bo miały mnie dość. Znaczy wiesz… – wyszczerzyła się w moją stronę. – Nie myśl sobie, że rodzina mnie nienawidzi czy coś. Kochają mnie. Tylko wolą miłość na odległość. – Na te słowa wszystkie wybuchnęłyśmy uśmiechem. – Jestem też pierwszą z nas, która tu przyjechała – oznajmiła z dumą. – Trochę pokolorowałam to życie naszej Karolinki i jej braciszka.

– To jest akurat prawda – powiedziała pani domu, nie bez pewnego rozrzewnienia. – Mieliśmy dużo szczęścia, że trafiliśmy na ciebie.

– Choć Adam nie był na początku zachwycony.

– O tak, zdecydowanie mogę sobie wyobrazić jego reakcję, gdy po raz pierwszy weszłaś do tego domu – zachichotała Elwira, a na jej policzkach, pod makijażem, mogłabym przysiąc, że wykwitł rumieniec.

– A więc tak, od razu z grubej rury widzę – wtrąciła się Paulina. – Musimy ci wyjaśnić, kochana, że tutaj w domu może być tylko jedna fanka brata Karoliny i jest nią Elwira. Nie próbuj jej zabierać zaszczytnego miejsca – puściła oko i zarobiła kuksańca od wspomnianej dziewczyny.

– Nie słuchaj jej – powiedziała w moją stronę ruda.

– Słuchaj, słuchaj, a możesz się modlić, żebyś, broń Boże, nie wpadła Zawichrowskiemu w oko, bo wtedy to chyba nasza Elwirka by trupem padła – śmiała się Stefka.

Zawstydzona dziewczyna łyknęła naraz całą zawartość swojego kieliszka i nawet nie kaszlnęła.

– Słuchaj no, Wierzbicka – wycelowała oskarżycielsko palec w moją stronę. – Adam się w żadnej nie zakocha ani nie zakochał. Ale jeśli ty mu się spodobasz, to oddam ci pole i nie będę przeszkadzać.

Po jej słowach nastała cisza, którą przerwał dopiero po chwili ryk Stefki.

– EJ, DZIEWCZYNY, SŁYSZAŁYŚCIE TO?! ELWIRA POWIEDZIAŁA, ŻE ADAM MOŻE SIĘ ZAKOCHAĆ W KIMŚ INNYM NIŻ ONA!!!

Wybuchł harmider. Trzy dziewczyny zaczęły się ze sobą kłócić i przekrzykiwać, ale nie patrzyłam na nie. Mój wzrok padł na Karolinę, która nie odezwała się ani słowem od momentu, gdy zaczął się temat jej brata. Patrzyła na kłócące się przyjaciółki z pewnym rozrzewnieniem, ale i politowaniem, jakby wiedziała więcej, o wiele więcej; więcej niż powinna wiedzieć jako siostra. Zdziwiło mnie, że nie chce bronić brata przed takim przedmiotowym traktowaniem, ale może była do tego przyzwyczajona, może nie przeszkadzało jej to, a może i jedno, i drugie… To wiedziała tylko ona sama.

A mi trudno było oprzeć się ciekawości. Co miał w sobie ten Zawichrowski, że tak bardzo działał na relacje między tymi dziewczynami? Głupio przyznać, ale chciałam się tego dowiedzieć.

NASTĘPNY ROZDZIAŁ (w przygotowaniu)

POPRZEDNI ROZDZIAŁ

***

Tak szczerze mówiąc, to powoli tracę nadzieję. Mam mnóstwo rzeczy do pisania, niekoniecznie tutaj – a tutaj nikt tego nie czyta, bo nie umiem w social media i nie mam czasu czytać innych blogów. Może to jesień tak działa…

Pamiętajcie, że zawsze mnie znajdziecie na Facebooku!

Oryginalne zdjęcie: wykorzystane na podstawie licencji CC0.

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry