Dwa torty – rozdział 1.

Kobieta z wypiekami to ilustracja 1 rozdziału romansu Dwa torty

Niezapowiedziana wizyta

Pogoda tego dnia była okropna. Padało niemalże cały czas, a piękne słońce, które wczoraj ją pożegnało, pozostawało ukryte za chmurami – i nawet zdawało się, że w ogóle go tam nie ma. Była w paskudnym nastroju po męczącej nocce w pracy i kolejnej kłótni z szefem o to, kiedy łaskawie wypłaci jej zaległą część pensji; do tego dochodziła ta paskudna bezsenność – już pięć lat pracowała na nocną zmianę, a jej organizm wciąż nie potrafił się przyzwyczaić do spania w dzień.

Gdyby chociaż wróciło słońce!

Niezadowolona, przekręciła się pod kocem na drugi bok, próbując z powrotem przywołać sen, który został brutalnie przerwany. Niestety, zamiast na nowo zasnąć, czuła, że się budzi, a do tego jeszcze ktoś po raz kolejny zadzwonił do drzwi. Za czwartym razem nie wytrzymała i – złorzecząc w myślach na intruza – wstała niechętnie z łóżka i ubrała pantofle. Przy piątym zaklęła szpetnie na głos, choć nie miała tego w zwyczaju robić i, gramoląc się w stronę drzwi wyjściowych, zawołała głośno.

– Już idę!

Berenika nie miała pojęcia, kogo się spodziewać za drzwiami, gdyż nie miała zbyt wielu znajomych. Iza, jej siostra, doskonale wiedziała, że w środku tygodnia trudno jej znaleźć czas na odwiedziny; zresztą teraz, odkąd męczyły ją wczesnociążowe dolegliwości, nie miała siły na podróż autobusem przez całe miasto. U pana Jerzego zaś Berenika była wczoraj, co oznaczało, że powinna do niego przyjść jutro; i to by było na tyle, jeżeli chodziło o znajomych, którzy mogli sterczeć pod jej drzwiami. Jej tryb życia nie ułatwiał znajdowania sobie przyjaciół.

Wracała do mieszkania o siódmej nad ranem, brała szybki prysznic i kładła się w nadziei na to, że upragniony sen nadejdzie: nie pojawiał się prawie nigdy. Dlatego wstawała, zajmowała się codziennymi obowiązkami i dosłownie padała na łóżko po południu, gdy jej organizm był już wykończony; w środku nocy ze snu wyrywał ją bezlitosny budzik i znowu musiała pędzić do pracy. Iza wciąż jej powtarzała, że nie można żyć w ten sposób, ale Berenika nie widziała innego wyjścia. Kochała swój zawód i choć musiała być cukiernikiem od wszystkiego w jakimś zapyziałym zakładzie, nie wyobrażała sobie innego życia. Szukała pracy gdzie indziej, ale właściciele renomowanych cukierni nie chcieli zatrudnić kogoś, kto ma jedynie skończoną szkołę i doświadczenie zawodowe w owianym złą sławą miejscu. Dlatego skwapliwie odkładała pieniądze na kursy cukiernicze, na które nigdy sobie nie mogła pozwolić, bo fundusze często były uszczuplane w takich miesiącach jak ten, kiedy szef upierał się, że nie stać go na wypłatę. Tak jakby nie wiedziała, że za tydzień leci do Egiptu z całą rodziną. Nie była głupia.

– No już idę – warknęła zniecierpliwiona pod nosem, do siebie, gdy po raz kolejny zabrzmiał dzwonek.

Była już przy drzwiach, więc otworzyła je niemal w tym samym momencie, w którym przestał brzmieć jego ostatni ton. Miała na końcu języka jakiś niewybredny epitet, ale gdy ujrzała intruza, język uwiązł jej na chwilę w gardle.

Bruno Nowak stał w drzwiach jej mieszkania, spoglądając na nią z zabójczym uśmiechem. Nie lubiła tego spojrzenia, bo wiedziała, że uwodzi nim kobiety w całej Polsce i nie przesadzała w tym względzie. Był przecież teraz topowym aktorem młodego pokolenia, o którego bili się producenci i wszystkie duże stacje telewizyjne, a artykuły na jego temat ukazywały się wciąż na Sznaucerku, Jamniczku, Terierze i wszystkich tych innych portalach plotkarskich. Chciałaby móc z wyższością powiedzieć, że nie czytała tego typu rzeczy, ale zdarzało jej się zaglądnąć na stronę, znalazłszy gdzieś wzmiankę na temat Bruna. Dla niej był nie tylko znanym aktorem, lecz przede wszystkim synem jej bliskiego sąsiada i kimś w rodzaju przyjaciela – biorąc pod uwagę fakt, że nikogo innego nie miała. Nie zaliczał się jednak do grona znajomych, którzy kiedykolwiek mogli stać pod jej drzwiami z jednego, prostego powodu – nigdy u niej nie był. Wiedział gdzie mieszka, przecież to naprzeciwko mieszkania jego ojca, ale nigdy nie miała okazji ani powodu zapraszać go do siebie. Dlatego teraz wpatrywała się w niego zszokowana, nie umiejąc wydobyć z siebie słowa.

Opierał się nonszalancko o framugę jej drzwi, schowawszy ręce w kieszeniach podartych, lecz pewnie drogich, spodni. Choć jak na mężczyznę nie był wysoki, bo mierzył raptem metr siedemdziesiąt, to i tak górował nad nią i jej stu pięćdziesięcioma pięcioma centymetrami wzrostu, a pewność siebie, która z niego emanowała, jeszcze jakby dodawała mu wielkości. Ubrany był jak zwykle w jeden ze swoich fantazyjnych t-shirtów, tym razem w kolorze ciemnego brązu, który dobrze podkreślał wszystkie starannie trenowane mięśnie, które miał ukrywać. Za jego krótkimi lokami w kolorze blond, które teraz miał związane w coś na kształt mini-kucyka, szalała większość kobiet w Polsce, ale Berenika zawsze twierdziła, że jego fryzura wygląda niechlujnie. Teraz dodatkowo był nieogolony – kilkudniowy zarost pokrywał kościste policzki i okalał wąskie usta, na których teraz – tak samo jak zazwyczaj – błąkał się figlarny uśmieszek. Jasne oczy, niemal identyczne jak te, które widziała u jego ojca, wpatrywały się w nią śmiało, ale w tym wzroku skrywały się jedynie ciepłe i czyste uczucia. Berenika nigdy nie miała wątpliwości, że Bruno darzy ją sympatią – i vice versa, zresztą – ale nie było to zainteresowanie, jakie mógłby okazać kobiecie, którą byłby romantycznie zainteresowany. I chwała Bogu. Ostatnie, czego potrzebowała w życiu, to zaloty playboya.

– Cześć – uśmiechnął się przymilnie.

Gdy nie odpowiedziała, wciąż próbując zrozumieć, dlaczego on stoi w jej drzwiach, westchnął i zrobił minę kota ze Shreka.

– Beciu, wiem, że na pewno miałaś ciężką noc, ale to sprawa życia i śmierci.

Już miała go ofuknąć, bo nienawidziła, gdy nazywał ją tym imieniem, ale jej uwagę odciągnęła dalsza część jego wypowiedzi. Sprawa życia i śmierci? Zmroziła ją myśl, że mogło chodzić o jego ojca.

– Co się stało twojemu tacie? Co trzeba pomóc?! Przecież widziałam go jeszcze wczoraj, wszystko wydawało się być w porzą… – uciszył ją, kładąc palec na jej ustach.

– Na litość, Stefaniak, jakby mojemu ojcu się coś stało, to bym nie stał tak grzecznie i się nie uśmiechał – powiedział poważnie, nieco ostrzejszym tonem.

Spoglądał za to na nią nieco urażony, jakby nie mogąc zrozumieć, dlaczego tak opacznie zrozumiała jego słowa.

– No tak, w sumie masz rację – wymamrotała bardziej do siebie niż do niego, po czym podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. – Co ty tutaj robisz?

– Beciu, mam do ciebie biznes. Taki mały, malutki, maciupeńki – próbował go zwizualizować przy użyciu kciuka i palca wskazującego, podsuwając jej prawą dłoń niemalże pod sam nos.

Berenika spojrzała na niego z niezadowoleniem i odsunęła się z zasięgu jego ręki. Mina niewiniątka nie zwiastowała niczego dobrego; wręcz przeciwnie, same kłopoty. Doskonale znała ten błysk w oczach, którego nie potrafił ukryć, a który zawsze towarzyszył jego żartom. Cokolwiek od niej będzie chciał, postanowiła sobie, że na pewno się nie zgodzi.

– To co, wejdziemy do środka? – zaproponował i uśmiechnął się jeszcze bardziej przymilnie, o ile było to możliwe.

Kobieta niepewnie spojrzała na wnętrze swojego mieszkania.

– A nie możemy porozmawiać u twojego taty?

– Dlaczego u taty? Przecież to sprawa tylko między tobą a mną. Poza tym o tej porze jest pewnie na spacerze z panią Elżbietą, a wiesz, że ostatnie, czego bym chciał, to stanąć na przeszkodzie być może wielkiej miłości mojego ojca. Obydwoje wiemy, jak bardzo przydałaby mu się życiowa towarzyszka.

Zgodziła się z nim od razu, że nie warto przeszkadzać panu Jerzemu w spacerze z nowo poznaną kobietą, tylko dlatego, że nie chciała Brunowi pokazywać swojego mieszkania. Niechętnie i z ociąganiem odsunęła się od drzwi, gestem zapraszając gościa do środka. Mogła kazać mu poczekać z tą rozmową aż do jutra, kiedy spotkaliby się u jego ojca na herbacie, ale nie miała tyle woli. Trudno jej było przed samą sobą przyznać, ale zżerała ją ciekawość, co za interes sprowadził Bruna Nowaka do jej domu.

Wszedł do środka, nie ukrywając swojego zadowolenia i ciekawie rozglądał się po malutkim korytarzu, kiedy pani domu zamykała drzwi. Potem pozwolił się poprowadzić do drugich drzwi po prawej, do salonu, gdzie – na całe szczęście – nie królowała już kiczowata boazeria – ale za to było… ascetycznie. Tak jak mały korytarz, poprzez swoje ściany do samego sufitu obite drewnianymi deskami, tak modnymi w czasach PRL-u, sprawiał wrażenie zatłoczonego i wręcz zabałaganionego, tak pomalowany na biało, niewielki salon był pusty. Na środku pokoju stały dwa niemłode już, brązowe fotele, na które narzucone były szare narzuty, zapewne aby ukryć ślady zużycia; między nimi mieściła się niewielka etażerka. W rogu leżało parę kartonowych pudeł, jakby ktoś tu się niedawno wprowadził i zapomniał je rozpakować; jedyne okno w pokoju było osłonięte tylko jasnobrązową roletą dzień-noc. Pomieszczeniu zdecydowanie brakowało nie tylko przytulności i kobiecej ręki, ale jakichkolwiek śladów, że ktoś tu mieszka.

– No, Beciu, nigdy cię nie podejrzewałem o skłonność do przepychu, ale twój ascetyzm jest wręcz tragiczny. Czyżbyś przypomniała sobie, że w poprzednim wcieleniu zapomniałaś odbyć odpowiedniej pokuty? – rzucił mężczyzna, bez zaproszenia siadając na jednym z foteli.

Typowy Bruno. Zawsze uczciwy i do bólu szczery. Berenika nie wiedziała, jak z takim charakterem można z sukcesem uprawiać zawód aktora, ale on był żywym dowodem na to, że jest to całkiem możliwe. Często ceniła sobie jego nadmierną prawdomówność, wiedząc, że nigdy jej nie oszuka ani podstępem do niczego nie zmusi. Dlatego też przedtem nie miała powodu, by mu nie wierzyć, że pan Jerzy wybrał się na romantyczny spacer. Czasem jednak bywały momenty – takie jak ten – kiedy zastanawiała się, jak cienka może być granica między szczerością a grubiaństwem oraz czemu nie ma pod ręką nic ciężkiego, by przyłożyć mu w głowę.

Nie skomentowała uszczypliwości i, skrzyżowawszy ręce na piersiach, wpatrywała się w niego z oczekiwaniem, nie siadając.

– Co cię do mnie sprowadza? Powiesz mi wreszcie? Nie chcę być niegrzeczna, ale nie możesz długo tu zostać, bo dzisiaj – jak zawsze zresztą – idę na nockę i muszę się wyspać.

Posmutniał i zrobił minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale finalnie się powstrzymał. Kobieta doskonale wiedziała, co mu przyszło do głowy. Pewnie zacząłby narzekać na jej styl życia, krytykować jej szefa i zachęcać ją do tego, żeby rzuciła pracę w cholerę, na co przecież nie mogła się zgodzić. Tak samo zresztą jak na jego pomoc – zarówno finansową, jak i wstawiennictwo u jakiegoś znajomego szefa kuchni. Na jedno, jak i na drugie, była zbyt dumna.

– Dobrze więc – odchrząknął. Przez chwilę zdawał się być spięty, ale zaraz potem napięcie opuściło jego ciało i zaczął mówić. – Bereniko, widzisz… Ja… mam problem. Bardzo duży problem. Otóż, jak pewnie wiesz – albo i nie – w przyszłym tygodniu mam urodziny, okrągłe, trzydzieste i bardzo chciałem ten dzień spędzić w swoim domu z przyjaciółmi. Jednak… Jednak cukiernia, z którą podpisałem umowę na wykonanie tortu, oni… oni dzisiaj do mnie zadzwonili i powiedzieli, że tego nie zrobią. Tak po prostu – spojrzał na nią z miną zbitego psiaka.

Bruno nigdy nie nazywał jej Bereniką, nigdy nie bywał bezradny, ani nigdy nie miał problemu z wysławianiem się, ale z drugiej strony… No to był Bruno. Cokolwiek nie pisały o nim portale plotkarskie, on był najuczciwszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkała. Nowak rzadko kiedy posuwał się do manipulacji i kłamstwa – właściwie, choć miewał dziwne pomysły i czasem stroił sobie z niej żarty, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek uciekł się do nieuczciwych metod osiągnięcia upragnionego celu. Chciał, żeby przychodziła do jego ojca częściej niż dotychczas? Mówił jej szczerze o tym, jak się o niego martwi i skarżył się, jak uparcie ojciec odmawia przeprowadzki do jego domu. Marzył, żeby upiekła sernika? Zwracał się do niej bezpośrednio i prosił, by przygotowała ciasto, podczas gdy nikt inny nigdy nie śmiał jej prosić o pieczenie tylko z powodu chęci skosztowania jej wypieków; tak jakby powiedzenie Bereniko, proszę, upiecz mi ciasto, bo świetnie to robisz było uwłaczające dla jej znajomych. Uważał, że się marnuje w pracy? Mówił jej to wprost i przedstawiał inne opcje, zawsze proponując swoją pomoc, nigdy nie próbując załatwiać rozmów kwalifikacyjnych za jej plecami, co zdarzało się nawet Izie. Robił sobie z niej żarty? Nigdy nie kłamał, nawet w Prima Aprilis, a kiedy podmieniał jej cukier na sól, od razu, jak tylko sięgała po cukierniczkę, zaczynał chichotać, przyznając się do psikusa, nigdy nie pozwalając jej na poważnie użyć oszukanego składnika.

Dlaczego miałaby mu nie wierzyć? Na pewno są na świecie takie cukiernie, które mają od groma klientów i odrzucają, nawet pod groźbą kary, wykonanie zamówienia dla celebryty, jeśli tylko na horyzoncie pojawi się ktoś bogatszy, skłonny zapłacić sporo więcej za dostępność. Co jednak jego sytuacja miała wspólnego z nią?

I nagle to do niej dotarło. Gdy patrzyła w jego smutne, niebieskie oczy, zrozumiała, że to nie są tylko żale przyjaciela, że nie przyszedł do niej tylko po to, by się poskarżyć. Poczuła, że serce zaczyna jej szybciej bić, a dłonie się trzęsą. Nie wiedziała, czy jest bardziej oburzona, zaskoczona, podekscytowana, czy może wszystko naraz. Była świadoma jednak jednego: nie mogła się zgodzić.

– Nie – powiedziała i starała się, aby jej głos zabrzmiał hardo.

Nie chciała pokazać po sobie, jak duże wrażenie wywarło na niej to, że zwrócił się właśnie do niej i nie chciała pokazać, jak bardzo pragnęłaby mu pomóc.

Ramiona mu opadły, skulił się, a w jego oczach coś zgasło, jakby jej odmowa go zabolała.

– Beciu… Błagam, przemyśl to. To moje trzydzieste urodziny. Trzydzieste urodziny, pięćdziesięcioro ludzi wokół mnie, a ja nie mam urodzinowego tortu, bo jakiś miliarder chce świętować pierwszy miesiąc swojego związku. Zdaję sobie sprawę, że jak na miliardera to całkiem sporo czasu, ale – nie oszukujmy się, Beciu – kto normalny świętuje, że wytrzymał w monogamii całe cztery tygodnie?

Nie mogła zachować kamiennej twarzy. Zignorowała fakt, że dwa razy w ciągu trzydziestu sekund nazwał ją nielubianym przezwiskiem i roześmiała się na jego uwagę. Przysiadła na skraju fotela, który zajmował i spojrzała mu prosto w oczy. Przez ułamek sekundy zdawało jej się, że powieka mu drgnęła, a jego ciało się napięło, ale wmówiła sobie, że ma zwidy z powodu zmęczenia i emocji, które nią targały.

– Chciałabym ci pomóc, Bruno, naprawdę – powiedziała powoli i spokojnie. – Ale nie możesz liczyć na to, że jakaś podrzędna cukierniczka zrobi ci wspaniały i wytworny tort urodzinowy. I to na pięćdziesiąt osób!

– Nigdy o sobie tak nie mów – powiedział ostro, choć w jego głosie brzmiała odrobina czułości. Wziął jej prawą rękę między swoje dłonie i pogłaskał troskliwie jej wierzch, a kobiecie zrobiło się trochę cieplej na sercu. – Jesteś świetną cukierniczką. Jadłem ciasta i torty, które piekłaś mojemu tacie i byłem szczęściarzem, kiedy przygotowywałaś coś specjalnie dla mnie. Potraktuj to jak kolejną moją prośbę o sernik – uśmiechnął się.

– Nie mogę, naprawdę nie mogę! – wyrwała swoją rękę i poderwała się z fotela, po czym zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. – Po pierwsze, nie mam umiejętności…

– Masz – zaprzeczył cicho, ale go zignorowała.

– Po drugie, nie mam narzędzi, a po trzecie nie mam środków, aby chociażby kupić składniki na ten tort! – wykrzyczała, choć paliło ją ze wstydu, że musi się tak otwarcie mu przyznać do braku pieniędzy.

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Przecież to oczywiste, że to ja zapewnię ci narzędzia i kupię wszystkie składniki na tort! I do tego, oczywiście, ci zapłacę.

– Słucham?!

– Stefaniak, nie jestem głupi, wiem, że taki tort to mnóstwo roboty, a ty nie możesz sobie pozwolić na robienie swoim przyjaciołom tak dużych przysług. Przecież i tak bym płacił za to ciasto – tylko, że nie będzie to cukiernia, tylko ty.

– Bruno… – wyjąkała, zszokowana, nie wiedząc co powiedzieć więcej.

– Myślę, że dwadzieścia tysięcy będzie okej? I do tego dojdzie oczywiście kupno składników na mój koszt – uśmiechnął się szelmowsko.

– Dwadzieścia…?!

– Cukiernia chciała sporo więcej, ale doszedłem do wniosku, że jakbym ci powiedział ile, to byś stwierdziła, że chcę ci dać pieniądze za darmo. Uważam, że to uczciwa cena.

Znowu nie mogła mu nie uwierzyć. Najwidoczniej w ogóle nie zdawał sobie sprawy, ile taka kwota dla niej znaczy, bo mówił o niej tak spokojnie, jak o pogodzie. Nareszcie mogłaby sobie pozwolić na jakiś kurs albo dwa, nie martwiąc się o czynsz i jedzenie!

Jedna jej strona – ta, która była podekscytowana na samą myśl, że Bruno prosi ją o tę przysługę, coraz głośniej krzyczała, że powinna brać okazję, która nigdy się nie powtórzy. Jej przyjaciel był w potrzebie – a ona mogła mu nie tylko pomóc, ale też na tym zarobić wreszcie jakieś pieniądze. Ufała, że on uważa to za uczciwą wymianę i to też przemawiało na korzyść tej pierwszej strony. Ale była też druga część niej, dumna część, która wypominała, że to zarabianie na znajomości z bogaczem i jego nieświadomości; że to wykorzystywanie przyjaciela i że powinna go jak najszybciej wyprosić, by choć trochę przespać się przed pracą. Nie mogła całkowicie pozbyć się tych wątpliwości.

– Bruno, to wszystko bardzo fajnie, ale… Ja naprawdę nawet nie mam narzędzi do tego. Ja wiem, że ci się wydaje, że skoro biszkopt dla twojego taty ubity moim starym mikserem i upieczony w moim nie do końca dobrze działającym piekarniku jest dla ciebie całkiem zjadliwy, to nie oznacza, że dam radę tym zrobić taki tort dla ciebie – tak, aby on smakował i tobie, i twoim znajomym.

– Po pierwsze, twoje torty ubijane twoim starym mikserem i pieczone w twoim ledwo działającym piekarniku nie są zjadliwe – są pyszne – powiedział dobitnie, nieco rozzłoszczony. – Po drugie, powiedziałem już, że zapewnię ci sprzęt i słowa dotrzymam. Będziesz piekła w kuchni, w moim domu – sama wiesz, że tam znajdziesz wszystko, co potrzebne.

Na te słowa jej serce zaczęło jeszcze szybciej bić, choć nie wiedziała, że to możliwe. Ona? W kuchni Bruna? W tej kuchni marzeń, którą pomagała mu projektować, pełna wspaniałych sprzętów, których nigdy w życiu nie było jej dane nawet dotknąć?

– Ja.. Och… Bruno… – nie wiedziała, co powiedzieć.

Obydwoje zdawali sobie sprawę, że była bezradna wobec ostatniego argumentu i musiała skapitulować.

– Czemu dopiero teraz wyciągnąłeś tego asa? – zapytała jeszcze, nie do końca wierząc w to, że zamierza się zgodzić.

Uśmiechnął się do niej czule.

– Oj, Beciu… Jakbym to od razu powiedział, to byś nie słuchała już całej reszty moich argumentów, a uważałem, że były całkiem niezłe i nie mogły się zmarnować – puścił jej oko.

– Jeszcze raz nazwiesz mnie Becią, to dostaniesz przypaloną podeszwę zamiast tortu.

– To oznacza, że się zgadzasz?

Przymknęła na chwilę oczy, jakby już żałując podjętej decyzji.

– Tak, zgadzam się.

Zapowiadało się na to, że ten tort będzie najbardziej przełomowym ciastem w jej życiu.

NASTĘPNY ROZDZIAŁ

STRONA GŁÓWNA POWIEŚCI

***

Dzień dobry!

Wrzesień to dobry czas na powrót. Jak wiecie, ostatni rok spędziłam, pracując jako dziennikarka i redaktorka – okazało się, że nie dam rady pisać wszystkiego naraz. Tak więc jestem z powrotem tutaj, na dłużej, znowu trochę odmieniona, na początek z czymś – znowu – nowym.

Posty literackie będę się starała teraz zamieszczać co dwa tygodnie – teksty będą miały możliwość dojrzeć, a ja nie będę pod taką presją czasu. Nie jestem w stanie powiedzieć na ten moment, czy będę pisała tylko np. Dwa torty, Czekoladę, Cyntię, czy jeszcze coś innego, a może przeplatała. Chyba że pojawi się jakaś prośba w tym temacie. 😉

Przypominam jeszcze o mojej stronie na Facebooku – znajdziecie tam nie tylko informacje o publikacjach, ale też zapowiedzi, szczegóły kolejnych postów i wiele, wiele więcej!

Do napisania!

Oryginalne zdjęcie: NordWood Themes

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

komentarze

  1. Katarzyna
    20 września 2019

    Zastanawiałam się przez chwilę, pod którym wpisem zamieścić komentarz, bo przeczytałam wszystkie – ale chyba najlogiczniej jest zamieścić go po prostu pod wpisem najnowszym. Co też czynię.
    Jak widzę, masz kilka rozpoczętych tekstów, z których każdy zapowiada się bardzo obiecująco – ciekawie zarysowane „tajemnicze” wątki fabuły, za którymi zapewne kryje się przemyślany (choć nieznany jeszcze Czytelnikowi) pomysł, a do tego dobry, przyjemny w czytaniu styl. Dlatego bardzo szkoda, że te powieści/opowiadania są nieukończone…
    Na Twoim miejscu zdecydowanie skupiłabym się na jednym z nich, starając się doprowadzić go do końca. Nie wiem jak Ty, ale ja, kiedy piszę jakąś historię, muszę skupić się na niej w 100%, inaczej nie potrafię odpowiednio wczuć się w losy moich postaci. Pisanie o nich jest możliwe tylko wtedy, gdy sama zacznę żyć ich życiem, do tego stopnia, że śnią mi się w nocy 🙂 Z tego względu nie umiem pisać więcej niż jednego tekstu naraz. Ale ja to ja – a Ty to Ty 🙂
    Który tekst do dokończenia wybrać na początek? Osobiście wybrałabym ten, co do którego miałabym najlepiej naszkicowaną w głowie koncepcję – nie wiem, który to z nich w Twoim przypadku, sama to wiesz najlepiej, niemniej myślę, że warto byłoby je skończyć wszystkie (oczywiście po kolei i na spokojnie). Tekst literacki ma to do siebie, że ocenia się go najlepiej, kiedy już jest w całości, a Czytelnik też zawsze czeka z niecierpliwością na dalszy ciąg… Więc do dzieła! 🙂

    Odpowiedz
    1. Ola
      21 września 2019

      Na początek przepraszam za tak późną odpowiedź, akurat jestem w trakcie rodzinnego zjazdu, więc mam nadzieję, że mi wybaczysz to spóźnienie. 🙂
      Bardzo dziękuję Ci za komentarz i za miłe słowa. Co do Twojej rady, to muszę Ci się przyznać, że to jest chyba moja największa bolączka: za dużo pomysłów. Tu, na blogu, historii jest raptem cztery, na komputerze mam ich na pewno ponad 20 – a w głowie, niespisanych, ale istniejących, niezliczoną ilość. Bardzo wiele z nich ma swoje życie, w sensie: mam skonstruowanych bohaterów, wiem, jak będzie wyglądała fabuła, znam nawet ich zakończenie… Tylko mam problem z czasem i moim dążeniem do perfekcji, które sprawia, że czasem piszę jeden rozdział kilka razy, bo nie jestem zadowolona z tego, jak mi wyszło. Leczę się z tego nadperfekcjonizmu, czasu mam trochę więcej teraz, więc jak na razie wszystko zmierza ku dobremu. 🙂 Tylko – no właśnie – nie byłabym pewna, że dam radę pisać jedną historię na raz. Nawet jak się skupiam na pisaniu jednej rzeczy, często zdarzają mi się odskocznie, tak jakby mój mózg potrzebował przerwy i przeniesienia się choć na moment z jednego świata w drugi. To jest rzecz, której chyba nie dam rady już zmienić. 😉 Niemniej jednak tkwi we mnie mocne postanowienie, że dopóki na blogu nie skończę chociaż jednej z tych trzech rozpoczętych historii, to nie pojawi się nic nowego. Na razie na tapecie zostają „Dwa torty”, a co dalej – jak to ze mną bywa – czas pokaże. 🙂

      Jeszcze raz bardzo dziękuję Ci za komentarz i pozdrawiam serdecznie <3

      Odpowiedz
  2. Katarzyna
    23 września 2019

    Tak to jest – każdy z nas jest inny 🙂 Ja też mam dużo pomysłów, ale metodycznie nie pozwalam sobie zacząć jednego, dopóki nie skończę poprzedniego, bo wiem, że wtedy zarzuciłabym pisanie aktualnej historii i skupiłabym się na tej nowej. I w praktyce wygląda to tak, że kiedy skończę już tekst, okazuje się, że ten nowy pomysł zmienił się w międzyczasie, dojrzał albo został zastąpiony przez inny, lepszy…
    Dążenie do perfekcjonizmu? Oczywiście! Ja też to mam. Pisałam o tym nawet na blogu. Nigdy nie jestem w pełni zadowolona z ostatecznej wersji mojego tekstu, zawsze mam poczucie, że mógłby być lepszy, zwłaszcza od strony stylu. Ja też wycinam ogromne kawałki i wyrzucam do kosza – z obecnej powieści wycięłam w sumie około 200 napisanych stron, które mi się nie podobały. Tak więc wydaje mi się, że to normalne – po prostu każdy autor dąży do perfekcji. Jest jednak moment, kiedy należy się zatrzymać, zostawić tekst tak, jak jest, i pisać dalej, bo inaczej nigdy by się go nie skończyło.
    Ta twoja obecna historia zapowiada się bardzo ciekawie, dlatego mam nadzieję, że będziesz kontynuować. Jedna część to dla czytelnika stanowczo za mało 🙂 Te poprzednie historie też są fajne i wciągające, więc na pewno warto do nich wrócić.
    Trzymam mocno kciuki i będę tu zaglądać czasami, żeby sprawdzić, jak realizujesz swoje postanowienie 😉
    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry