Dwa torty – rozdział 2.

Pokój w stylu retro to ilustracja 2 rozdziału powieści Dwa torty

Kłamstwo

Kamienica przy Spokojnej 15 z pozoru niczym nie wyróżniała się na tle innych znajdujących się przy tej ulicy. Widać było, że lata świetności ma już za sobą: szary tynk pokrywający nieocieplone ściany był brudny i gdzieniegdzie odpadał, ukazując stare, drobne, ciemno pomarańczowe cegły; miejscami tylko oryginalnie czerwony dach był cały zniszczony. Na to, że czteropiętrowy budynek pozostał zamieszkany, wskazywały jedynie białe ramy plastikowych okien i niedawno odrestaurowane, mocarne i solidne, drewniane drzwi. Na murze po prawej od nich, tuż pod oknem mieszkania na parterze, wandale wyrazili swoją dezaprobatę względem kibiców przeciwnej drużyny piłkarskiej, używając do tego niecenzuralnych słów, ale – widocznie – nikomu się nie śpieszyło do zamalowania dzieła sztuki ulicznej niskich lotów. Najprawdopodobniej administratorzy budynku i jego mieszkańcy już dawno stracili nadzieję i cierpliwość – napis pojawiał się i tak za każdym razem po zamalowaniu poprzedniego – dlatego też stałych bywalców okolicy nie dziwiło, że hasło wciąż widniało na murze.

Brunonowi jednak nie przeszkadzał ani odpadający tynk, ani wulgarne bohomazy. Pomimo tego, że od dawna już tutaj nie mieszkał, ta kamienica pozostawała najważniejszym budynkiem w jego życiu. Wszystko za sprawą tego, co kryło się za drzwiami mieszkania z numerem czterdzieści dwa – nie tylko teraz, ale i przez ostatnie trzydzieści lat – i trochę też za sprawą tego, kto zamieszkał za drzwiami naprzeciwko jakieś trzy lata temu.

Berenika.

Swoim własnym prywatnym kluczem otworzył drzwi i pchnął je. Na podwórzu znalazł się, jeszcze zanim zdążyły się zamknąć za jego plecami i w dobrym nastroju ruszył w stronę odpowiedniej klatki, by tam schodami dostać się na czwarte piętro. Nie lubił jeździć windą; nigdy nie rozumiał, jak zdrowi ludzie mogą ignorować tak prostą i łatwo dostępną okazję, by rozruszać mięśnie w ciągu dnia. Zresztą, umiłowanie do wysiłku fizycznego i niechęć do lenistwa miał chyba raczej w genach, bo jego ojciec, pomimo zbliżających się siedemdziesiątych urodzin, również wzdragał się na samą myśl o wejściu do windy i kilka razy dziennie pokonywał po schodach trasę na dół i z powrotem, ku zdumieniu swojej młodziutkiej sąsiadki.

No właśnie, Berenika.

Myśl o pannie Stefaniak pojawiła się w umyśle Bruna po raz kolejny w ciągu zaledwie kilku chwil, ale nie był tym zaniepokojony. Przyzwyczaił się do tego, że niziutka brunetka o wąskiej talii i kształtnych, kobiecych biodrach bardzo często gości w jego myślach. Właściwie, to była tam nieustannie od prawie trzech lat. Jednak cóż z tego, skoro wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana?

Była tylko jedna rzecz, której ojciec uczył go pilniej niż dbania o własne zdrowie: szacunku do cudzego zdania, bez względu na to, jak krzywdzące byłoby dla jego ego. Dlatego Bruno nigdy nikogo do niczego nie namawiał wbrew czyjejś woli i dlatego od trzech lat był dla Bereniki tylko znajomym.

Gdy dotarł na czwarte piętro, tylko przelotnie spojrzał na wejście do lokalu z numerem czterdzieści cztery i od razu podszedł do drzwi prowadzących do mieszkania jego ojca; te również otworzył własnym kluczem i za chwilę znalazł się w środku. Powitał go znajomy dźwięk przyciszonego telewizora i delikatny zapach ciasta i świeżo zaparzonej herbaty. To znaczyło, że Berenika już tu była.

– Dzień dobry! – zawołał, przekraczając próg malutkiej kuchni.

Pomieszczenie nie zajmowało więcej niż trzy metry kwadratowe. Naprzeciw wejścia było duże okno, przez które wpadały promienie słoneczne rozświetlające pomieszczenie; po jego prawej stronie znajdowała się lodówka i dwie czy trzy szafki kuchenne, zaś pod nim stał mały stoliczek, przy którym wprawdzie stały trzy krzesła, ale mieściły się raptem dwie osoby. Ściany pomalowane na słoneczny, żółty kolor, jasne zasłony w ciemnobrązowe grochy i drewniane szafki sprawiały, że było tu ciepło i przytulnie, choć nie tylko z powodu tych barw. Kuchnia zawsze była sercem domu panów Nowak, choć to tutaj rozegrał się również największy dramat w ich życiu. Chcąc, by jego ukochany syn zapomniał o traumie, Jerzy zaraz potem przeprowadził generalny remont, wyrzucając wściekłoczerwone zasłony i krzykliwe, błyszczące firany; zdzierając tapetę w gigantyczne róże i sprzedając za bezcen błyszczące, czarne, lakierowane meble specjalnie sprowadzane z Ameryki za ogromne pieniądze. Dobra materialne jednak dla Jerzego Nowaka się nie liczyły; jedyne, co miał w sercu, to mocne postanowienie, że nie pozwoli, by jego dziecko po raz kolejny w życiu przepłakało noc. To właśnie po tym pojawiły się zasłony w grochy i słońce na ścianach, które do tej pory kojarzyły się Brunowi z poczuciem bezpieczeństwa i ojcowską miłością.

Starszy mężczyzna siedział przy stole, a jego siwe włosy i nieco przygarbiona sylwetka przypominały o nieubłaganie upływającym czasie. W przeciwieństwie do wielu panów w swoim wieku, wciąż jednak był bardzo szczupły i wysportowany. Trójkątna twarz, pełna łagodności i ciepła, pokryta była dużą ilością zmarszczek, których najwięcej znajdowało się w okolicach ust – znak tego, jak często się uśmiechał. Był jak brat bliźniak – sporo starszy brat bliźniak – swojego syna. Berenika nigdy nie mogła nadziwić się temu niezwykłemu podobieństwu.

Na widok Bruna stojącego w drzwiach i jego głosu, podniósł wzrok i zza szkieł okularów natrafił na spojrzenie oczu identycznych jak swoje własne. Uśmiech rozjaśnił jego twarz i podniósł się natychmiast z miejsca, by uścisnąć syna. Berenika, która siedziała do tej pory obok niego, przyglądała się tej scenie z ogromną przyjemnością i dopiero gdy mężczyźni odsunęli się od siebie, pomachała na przywitanie nowo przybyłemu. Na stole stał już dzbanek z herbatą i trzy kubki, a tuż obok na talerzu pysznił się sernik z brzoskwiniami. Bruno mrugnął zawadiacko, porwał kawałek ciasta i oparł się o szafkę, pałaszując swój przysmak.

– Cóż to za maniery, chłopcze – pan Jerzy zganił syna dla zasady, nie przystając jednak się uśmiechać. – Zabierać ciasto bez pytania… – pokręcił głową z udawanym oburzeniem i usiadł z powrotem na swoim miejscu.

– To ciasto było dla mnie! – padła odpowiedź pomiędzy jednym kęsem a drugim.

– No nie do końca dla ciebie – wtrąciła się Berenika, a w odpowiedzi Bruno znowu mrugnął do niej zawadiacko.

Przypomniawszy sobie o jego wczorajszej wizycie i obietnicy, którą mu dała, spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok. Nie chciała teraz rozmawiać na ten temat; zwłaszcza przy panu Jerzym. I tak była nie do końca przekonana co do słuszności swojej decyzji i nie chciała jeszcze, by starszy pan ją oceniał. Wprawdzie głos rozsądku podpowiadał jej, że tutaj nie ma czego oceniać i zachowuje się co najmniej dziwnie, to ona wciąż nie mogła pozbyć się uczucia, że coś w tym wszystkim jest nie w porządku.

Nakazując sobie szybki powrót, spojrzała niby przypadkiem na zegarek umieszczony na ścianie i wyraziła zdziwienie, jak późna już godzina.

– Będę już się zbierać.

– Tak szybko?

– Przecież niedawno przyszłaś.

Obaj mężczyźni nie kryli zawodu.

– Tak, wiem, ale szef wymógł na mnie, żebym dzisiaj przyszła do pracy na zastępstwo. – Uniosła rękę, uciszając ich, jeszcze zanim zaczęli ją krytykować. – Tym razem ma mi zapłacić.

– No pewnie tak samo jak ostatnim razem – skrzywił się Bruno, który zabrał ze stołu kolejny kawałek sernika. – To grzech, że taki talent marnuje się w takim gównianym zakładzie – wskazał na ciasto.

– Bruno, język – upomniał go ojciec.

– Przepraszam, tato, ale to prawda.

Pan Jerzy pokręcił głową, lecz jego wzrok wciąż tkwił w kobiecie siedzącej u jego boku.

– Bereniko, wiesz, że w tej kwestii zupełnie się z nim zgadzam. Taka młoda dziewczyna, taka zdolna i tak się przepracowujesz… W swoim wieku powinnaś żyć pełnią życia. Pójść do kina, na randkę, na zabawę, mieć przyjaciół, szukać miłości…

– Ale ja przecież mam przyjaciół!

– Starego dziadka i jego zawsze nieobecnego syna. Piękny duet.

– Jest pan niesprawiedliwy w stosunku do Bruna. Przecież pan wie, że ma dużo pracy i chciałby częściej przychodzić! No i na pewno częściej byście się widywali, jakby się pan do niego przeprowadził, tak jak pana prosi już od dobrych paru lat. A pan… A pan nie jest żadnym starym dziadkiem!

Młodszy z mężczyzn spojrzał na kobietę z nieukrywaną czułością. Miał wielką ochotę podejść i pocałować ją za to, co powiedziała – albo w jakikolwiek inny sposób pokazać, jak wiele ciepłych uczuć wzbudziła w nim ta niespodziewana obrona. Nie zrobił jednak tego; poprzestał na tym jednym, krótkim spojrzeniu, po czym przywołał się do porządku i skierował swoje zainteresowanie z powrotem na sernik. Nie było to dla niego łatwe, bo Berenika pozostawała jedną z tych dwóch osób na świecie, przed którą udawanie w ogóle mu nie wychodziło. Tylko lata szkoły aktorskiej pozwalały mu w takich chwilach trzymać fason.

Pan Jerzy pokręcił głową i wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem na słowa swojej sąsiadki. Zarówno ona, jak i jego syn, nie rozumieli, czemu za każdym razem w ten sam sposób reaguje na próbę zachęcenia go do przeprowadzki i czemu za każdym razem odmawia. Widząc, do czego to wszystko zmierza, Berenika podniosła się z krzesła.

– Naprawdę muszę iść. Zostawiam sernika, bo chyba złamałabym Brunowi serce, jakbym go zabrała.

– Beciu, ty i tak robisz mi to codziennie – padła cicha odpowiedź.

Udała oburzenie i klepnęła mężczyznę w ramię.

– A ty mnie, używając tego głupiego zdrobnienia – westchnęła. – Naprawdę muszę iść. Do widzenia. – Skinęła w stronę pana Jerzego, jeszcze raz klepnęła jego syna w ramię i zniknęła w drzwiach kuchni. Zaraz potem rozległ się trzask zamykanych drzwi wejściowych i mężczyźni zostali sami.

– Ona mnie wykończy – stwierdził Bruno i opadł na jej miejsce.

Nie omieszkał nie wykorzystać okazji i sięgnął po kolejny kawałek ciasta.

– Widzisz, synu, to bardzo niefortunne, bo Berenika jest naprawdę miłą dziewczyną i byłbym najszczęśliwszy na świecie, gdyby została moją synową. Niemniej jednak nie jest tym zainteresowana…

– … I muszę to zrozumieć – dokończył za ojca.

Spojrzał na napoczęty kawałek ciasta i poczuł, że robi mu się niedobrze. Odłożył go na talerz i odetchnął głęboko.

– Poprosiłem ją o upieczenie tortu urodzinowego. Powiedziała ci?

Jerzy pokręcił głową, uważnie obserwując syna i czekając na jego dalsze słowa.

– Zgodziła się. Więc to chyba był dobry pomysł, nie?

– Wiesz, co sądzę o kłamaniu.

Bruno nie wytrzymał.

– Przecież zdajesz sobie sprawę z tego, że mam takie samo zdanie na ten temat! Nawet nie wiesz, jak pociły mi się dłonie, jak jej zmyślałem z tą cukiernią! Gorzej niż na egzaminie wstępnym na akademię – wstrząsnął nim dreszcz. – Ale nie mogę, tato, nie mogę patrzeć, jak ona haruje po dziesięć godzin dziennie, każdej nocy wychodzi i wraca sama, a ten dupek, jej szef, tylko śmieje się jej w twarz i robi łaskę, że da wypłatę. Przecież to jest chore! Wiesz, że wszystko inne zawiodło. Pieniędzy nie, rozmowy kwalifikacyjnej nie, kursu nie, telewizji nie, bloga nie… Naprawdę mi się skończyły pomysły.

Jerzy wciąż przyglądał mu się uważnie zza stalowych oprawek swoich okularów. Na twarzy jego pierworodnego mieszały się sprzeczne uczucia: gniew, strach, desperacja, poczucie winy i niemocy, frustracja i troska. Potrafił zrozumieć, co go skłoniło do kłamstwa, ale czuł, że cała ta sytuacja odbije się rykoszetem i Bruno, zamiast podziękowania, dostanie w twarz.

Doskonale jednak pamiętał, co znaczy być zakochanym i jak bardzo uczucie potrafi boleć. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że rana zadana jego synowi nie będzie głęboka i ten szybko się z niej wyleczy.

NASTĘPNY ROZDZIAŁ

POPRZEDNI ROZDZIAŁ

***

Dzień dobry!

Dzisiaj, jak widać, nieco opisowo. 😉 Akcja przystopowała, bo chciałam Wam pokazać punkt widzenia Bruna. Wprawdzie długo się zastanawiałam, czy nie pisać historii tylko z punktu widzenia Bereniki – ale przecież mężczyźni też mają uczucia! No i chciałam, żebyście zrozumieli, jakie ma motywy nasz bohater – dlatego zdecydowałam się nie robić tajemnicy z tego, co mu siedzi w głowie.

Tradycyjnie – po newsy, zapowiedzi i informacje nt. kolejnych postów, zapraszam na mojego Facebooka.

Do napisania!

Oryginalne zdjęcie: Joshua Ness

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry