Dwa torty – rozdział 3.

Przytulająca się para to ilustracja 3. rozdziału romansu Dwa torty

W kuchni Bruna

Berenika wysiadła z auta i jeszcze raz zastanowiła się, czy na pewno dobrze robi. Kierowca taksówki, którą zamówił dla niej Bruno, nie zwracał już na jej zamyślenie uwagi i, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, odjechał, nie pozostawiając jej wyboru.

Została sama, w dzielnicy, której nie znała, jakieś trzydzieści pięć godzin przed rozpoczęciem imprezy urodzinowej w domu Nowaka. Domu, przed którym podobno stała.

Nie widziała za wiele; właściwie to nic. Budynek ze wszystkich stron otaczał dość wysoki, stylizowany kamienny mur – jak właściwie każdą działkę w tej okolicy, jak zdążyła zauważyć. Bruno jednak dokładnie ją poinstruował, jak dostać się do środka. Miała zadzwonić domofonem tuż przy bramce i się przedstawić. Gospodyni, która powinna być w domu, czekała na nią i miała ją wpuścić; pokazać kuchnię i spiżarnię; pomóc, gdyby potrzebowała. Jej przyjaciela nie było i to wcale nie miało być pewne, że się w ogóle dzisiaj zobaczą; godzina ósma rano to pora, kiedy każdy był w pracy, nie tylko serialowy aktor. Tylko ona mogła się rozkoszować tak stanowczo wynegocjowanym wolnym dniem. Wprawdzie ktoś postronny mógłby stwierdzić, że swój urlop wykorzystuje do pracy, to ona była innego zdania. Dzisiaj miało spełnić się jej marzenie.

Wyspana pierwszy raz od wielu dni, zgodnie z instrukcją zadzwoniła domofonem i kilka chwil później miły, damski głos, zapytał ją o to, kim jest. Zgodnie z ustaleniami podała swoje imię i nazwisko, a kobieta po drugiej stronie interkomu zaprosiła ją do środka. Rozległ się głośny brzdęk, Berenika przekręciła gałkę w bramce i otworzyła ją. Chwilę później znalazła się w innym świecie.

Dom otaczał ogród, o jakim nigdy nie marzyła. Niesamowita przestrzeń, którą zajmował jedynie równo przystrzyżony trawnik, dawała ogromne pole jej wyobraźni. Zmieściłoby się tutaj wszystko, co tylko przyszłoby jej do głowy: ogródek warzywny, plac zabaw dla dzieci, romantyczna huśtawka dla dwojga, miejsce do grillowania i pewnie wiele, wiele więcej. A to był dopiero front. Podejrzewała, że z tyłu, za domem, ogród był jeszcze większy.

Sam budynek również zrobił na niej ogromne wrażenie. Był niski, z parterem i poddaszem, ale dość rozległy. Łączył w sobie nowoczesność i klasykę; to pierwsze poprzez duże, szerokie, kwadratowe okna, przez które można byłoby dojrzeć wnętrze – to drugie przemycał w linii kopertowego dachu i dodatkowo zadaszonego wejścia, co nadawało mu przyjaznego, ale jednocześnie wytwornego charakteru. Elewacja była biała – Berenika nie rozumiała, w jaki sposób nie została ona pobrudzona – a dach pokryty jasnoszarą dachówką. Od bramy, która musiała być sprytnie ukryta w murze, bo kobieta nie zwróciła na nią wcześniej uwagi, prowadził podjazd z kostki brukowej aż do garażu; podobna ścieżka wiodła zresztą od bramki do wejścia. Berenika niepewnie ruszyła tą drogą i zanim dotarła do drzwi, te otworzyły się i stanęła w nich dość wysoka, ale niezbyt szczupła, około sześćdziesięcioletnia kobieta. Na widok gościa uśmiechnęła się serdecznie, a w jej okrągłych policzkach pojawiły się dołki. Miała bystre, jasne oczy, które badawczo przyjrzały się Berenice, nim podała jej dłoń i serdecznie uścisnęła.

– Bardzo miło mi cię poznać, Bereniko, ja mam na imię Melania, ale mów mi Mela. Bruno bardzo dużo mi o tobie opowiadał, ale gdy mówił o twojej urodzie, to sądziłam, że przesadza, tymczasem ty naprawdę jesteś ładniutka. Chcesz dobrą radę ode mnie? Owiń sobie tego nicponia wokół palca, póki jeszcze o tobie pamięta. To dobry chłopak, ale trochę za bardzo kochliwy. Mogłabyś go sprowadzić do parteru – Mela nie przestawała mówić, gdy gestem zaprosiła Berenikę do środka.

Cukierniczka, oszołomiona ilością, prędkością, a także sensem słów wypowiadanych przez gospodynię, nie była w stanie na nie nic odpowiedzieć, a już zwłaszcza wtedy, gdy przekroczyła próg. Wnętrze było jakby żywcem wyjęte z modnego magazynu o urządzaniu mieszkań; mleczna, kamienna podłoga i białe ściany rozświetlały korytarz, w którym było i tak bardzo jasno z powodu dużej ilości światła wpadającego przez ogromne okna. Zaraz naprzeciw wejścia znajdowały się eleganckie schody z czarną, granitową barierką, które prowadziły na piętro. Dalej w głębi korytarza mogła dostrzec kuchnię, której zdjęcia, a raczej plany już widziała, więc miała jako takie pojęcie, jak ona wygląda. Po jej lewej zaraz znajdowało się wejście do bogato urządzonego salonu, w którym również królowały biel i czerń, zaś po prawej znajdowały się dwie pary, również białych, zamkniętych drzwi. Mela wyjęła z jej rąk kurtkę i podsunęła jej pantofle, gdy onieśmielona Berenika ściągnęła trampki, nie chcąc zabrudzić tych nieskazitelnych podłóg.

– Tu jest pięknie – wyszeptała w stronę gospodyni.

Ta uśmiechnęła się z pobłażaniem.

– Tak ci się tylko wydaje, drogie dziecko. Tu jest nudno jak w szpitalu! Wiele razy powtarzałam Brunowi, że w tym domu brakuje koloru, a co za tym idzie i charakteru, ale on mnie nie słucha. Zresztą, w sumie to mu się nie dziwię, on tu tylko śpi. Jak nie jest w pracy, to u ojca, więc nie potrzebuje domu, tylko sypialni, a ta całkiem dobrze spełnia swoją funkcję.

– Bruno jak nie pracuje, to jest u ojca?– zdziwiła się Berenika. – Przecież on tam wpada nie częściej niż raz na dwa, trzy tygodnie i raptem na godzinę, dwie…

Melania znów spojrzała na gościa z pobłażliwością matki, której dziecko wiele jeszcze nie rozumie.

– On cały czas pracuje, Bereniczko. Bo mogę cię tak nazywać, prawda? Bereniczka do ciebie pasuje. W każdym razie, Bereniczko, Bruno od rana do wieczora siedzi albo na planie jednego z tych swoich seriali albo filmów, albo znowu jest w teatrze i właściwie każdą wolną chwilę spędza u pana Jerzego. Czasami tylko wieczorem wychodzi na godzinę na miasto, by przestać myśleć o tym, jaki jest samotny.

– Słucham? – Berenika była zaintrygowana opowieścią gospodyni.

– Och, przecież obydwie wiemy, co wypisują o nim te wszystkie spaniele. Że kochliwy, że co chwilę nowa dziewczyna, że playboy… A on po prostu potrzebuje towarzystwa. A każda kolejna z tych dziewuch – a możesz mi wierzyć, że poznałam każdą jedną z nich – patrzy tylko na jego nazwisko i pieniądze. Nie interesuje ich Bruno Nowak jako mężczyzna i jako człowiek, tylko jako przepustka do sławy i maszynka do zarabiania pieniędzy. To w gruncie rzeczy smutne, nieprawdaż? Kiedy jesteś poza tym, wydaje ci się, że to co, piszą w gazetach to prawda, a ci celebryci to nic nie robią, za przeproszeniem, na dupie siedzą i pieniądze im z nieba spadają. A kiedy poznajesz taką osobę, to zaczynasz rozumieć, że to nie dość, że ciężka praca, to jeszcze za cenę życia osobistego i w ogóle prywatności. Żebyś tylko wiedziała, Bereniczko, ile razy Bruno mi narzekał, że nie może nawet spokojnie zjeść czegoś na mieście, bo zaraz w jego jedzeniu znajdą jakiś powód do tego hejtu, czy jak to tam nazywacie. Zje mięso, morderca, weźmie coś wegetariańskiego, to wege-terrorysta… Pójdzie do drogiej restauracji, to że szasta pieniędzmi, kupi hot-doga na stacji to sknera! Zamówi wino do obiadu, to na pewno alkoholik – jak wodę to na pewno jest na odwyku; pójdzie z kimś to na pewno jego kochanka, a może i kochanek – pójdzie sam, to dziewczyna go rzuciła, bo jest bydlakiem! Ja naprawdę się dziwię, że on jeszcze ma jakieś zdrowie psychiczne, ale to chyba dlatego, że tego nie czyta. Zatrudnił nawet jakiegoś chłopaka, Tomka czy Romka, całkiem sympatyczny chłopak, czasem tu przychodzi, i on mu prowadzi te wszystkie fejsbuki i dzięki temu on sam nie musi czytać, co mu tam ludzie piszą…

Berenika starała się nadążyć za szybkim tempem monologu gospodyni, która zdawała się mówić wszystko na jednym wdechu. Uderzyły w nią te słowa, choć przecież nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaki naprawdę jest Bruno. Wprawdzie była świadoma tego, że artykuły na portalach plotkarskich są zawsze przekoloryzowane i przesadzone, ale nie miała pojęcia, jak drobiazgowo analizowany był przez nie każdy aspekt życia celebryty. Czy jednak to nie była po prostu cena, jaką każdy musiał zapłacić na popularność i pieniądze?

Rozglądnęła się jeszcze raz po korytarzu, gdy – wciąż opowiadając o samotności gospodarza – Mela chowała jej rzeczy do dużej, lustrzanej szafy stojącej tuż obok wejścia. Berenika już nie skupiała się na jej słowach, pogrążywszy się we własnych myślach. Pamiętała, jak wiele razy Bruno namawiał ją na zmianę pracy; wśród propozycji, które jej podsuwał, była jedna, która ją najbardziej ją irytowała: wziąć udział w jakimś cukierniczym show, których teraz było od groma w telewizji. Mówił wtedy, że ze swoim talentem jest murowaną kandydatką do wygranej; a nawet jeśli jakimś cudem miało nie udać jej się zdobyć głównej nagrody, powinna zyskać sławę, a wraz z tym propozycje zatrudnienia, wydania książek, prowadzenia własnych programów kulinarnych… Przytaczał przykład jakiejś kucharki, która po udziale w takim przedsięwzięciu trzy lata wcześniej, dostała zaproszenie do pewnego reality show dla celebrytów, które wygrała i zgarnęła okrągłą sumę, dzięki czemu teraz regularnie bywała na ściankach i została gwiazdą instagrama. Berenika jednak na te opowieści zawsze pukała się w czoło i mówiła mu, że nie chce być celebrytką, lecz cukiernikiem; że nie zależy jej, aby jej twarz zdobiła okładki kolorowych magazynów, tylko by jej nazwisko kojarzyło się z najlepszą cukiernią w mieście. Skoro jednak tak bardzo namawiał i chciał jej umożliwić wejście w światło reflektorów, to raczej nie uważał, aby takie życie było nieznośne i męczące… Berenika stwierdziła, że Melania ma w sobie dużo sympatii do Bruna i pewnie w jakiś sposób próbuje sama przed sobą usprawiedliwiać jego niestałość w uczuciach. Niestety, Nowak po prostu był bardzo kochliwy i Mela prędzej czy później będzie musiała to zrozumieć; teraz jednak Berenika nie chciała wyprowadzać jej z błędu.

Z ust gospodyni płynął jednak niekończący się potok słów. Wyczerpawszy temat życia uczuciowego swojego pracodawcy, Melania zaczęła opowiadać o zakupach, które zrobiła zgodnie z listą przesłaną przez Berenikę cztery dni wcześniej. To był temat, który z kolei zaczął żywo interesować cukierniczkę.

– Wszystko udało się kupić? – dopytywała, gdy gospodyni prowadziła ją w stronę kuchni.

– Tak, Bereniczko, choć nie powiem, aby było to łatwe zadanie. Ta glukoza, na przykład, to ja myślałam, że do krzywej cukrowej i taką w aptece kupiłam! Bo wiesz, kochana, moja córka jest teraz w ciąży, więc nie dziw się, proszę, że tak głupio skojarzyłam – dodała pospiesznie Mela, widząc zdziwione spojrzenie gościa. – I dopiero Ania, wiesz, moja córka, powiedziała, że to chyba nie o to chodziło, skoro masz piec tort! I ona znalazła w internecie, o co chodzi, więc finalnie kupiłam to, co trzeba. A jakbyś była w ciąży…

Berenika odetchnęła z ulgą. Nie słuchała już jednak opowieści Melanii, bo w tym samym momencie przeszły przez próg kuchni i tak, jak przedtem, po przekroczeniu bramki, Stefaniak poczuła, że znalazła się w innym świecie, tak teraz chyba znalazła się w raju.

Pomieszczenie było ogromne. Pierwszym, co się rzucało w oczy, była duża wyspa kuchenna, która zajmowała niemalże cały środek; znajdował się na niej zlew, a po drugiej stronie płyta indukcyjna. Po lewej stronie i naprzeciwko wejścia, przy ścianach, w kształt litery L, zostały ułożone szafki w tym samym stylu, co wyspa: białe, matowe fronty ze srebrnymi uchwytami i ciemny, granitowy blat. Stylizowane i frezowane, zdawały się nie pasować do nowoczesnych, dużych okien zajmujących pozostałe ściany. Berenika wiedziała, że gdyby Bruno – a właściwie wybrana przez niego dekoratorka wnętrz – miał wybierać te szafki, to byłyby gładkie, w połysku, bez uchwytów, otwierane na dotyk. To ona przekonała go do tego klasycznego stylu, gdy przyszedł do niej po poradę w kwestii wyposażenia. Z zachwytem przeglądała wtedy podrzucony przez niego katalog, niczym mała dziewczynka, która po kryjomu dorwała dorosłą gazetę mamy. Z wypiekami na twarzy wskazała mu wzór mebli, o którym sama dla siebie zaczęła skrycie marzyć, a on, bez słowa sprzeciwu czy dezaprobaty, właśnie takie zamówił do swojej kuchni, ignorując uwagi zatrudnionej projektantki. Berenika dopiero teraz miała okazję się przekonać, że jej wybór wcale nie był trefny; wręcz przeciwnie, szafki idealnie komponowały się z jasną, kamienną podłogą i szarymi ścianami. Całości wrażenia dopełniało wyposażenie, które było w kolorze stali. Na samym środku pomieszczenia, z sufitu zwisał piękny, srebrny żyrandol: małe, połyskujące elementy układały się w kształt kuli i nadawały mu nieco wytwornego charakteru. Tuż obok niego wyprowadzone były punktowe światła, skierowane prosto na wyspę.

Mimo wszystko, nie to było jednak dla Bereniki najważniejsze.

Nie zważając na Melanię, podbiegła do słupka, który stał niemalże naprzeciw drzwi, wołając ją już od progu: dwa, cudowne, lśniące, pachnące nowością piekarniki tylko czekały aż ktoś wprawny się nimi zajmie. Z nabożną czcią pogłaskała uchwyt drzwiczek jednego z nich i otworzyła je, zaglądając do środka. Bawiąc się pokrętłem, sprawdzała dostępne opcje; nie potrzebowała instrukcji obsługi, by wiedzieć, co oznaczają poszczególne obrazki.

– Jestem w raju – powiedziała w końcu, gdy się nacieszyła i odwróciła w stronę Meli.

Oczy jej błyszczały, policzki miała zarumienione, a na ustach pełny uśmiech – nie ulegało wątpliwości, że była bardzo szczęśliwa. Kobieta pokręciła głową, zadowolona, nie mogąc uwierzyć w jej dziecięcą radość.

– Jak rozumiem, chyba nie powinnam ci pokazywać co kryje się za tamtymi drzwiami? – wskazała na lewą stronę, nie mogąc ukryć wesołości.

Berenika nie czekała na zaproszenie. Nie zauważyła wcześniej, że szafki nie zajmują całej ściany – bliżej drzwi korytarza było usytuowane dosyć szerokie przejście prowadzące do salonu, za to bliżej prostopadłego boku znajdowały się białe drzwi – takie same jak na korytarzu. Z ciekawością sięgnęła po klamkę i otworzyła je, by znaleźć się w całkiem dużej spiżarni. Chociaż półek było zasadniczo dużo, w większości stały puste; jedynymi produktami na nich, jakie zauważyła cukierniczka, były te, które miały być jej potrzebne do pieczenia.

– Niesamowicie tu jest – zwróciła się do gospodyni, która stanęła za jej plecami.

– Tak, tylko pusto, nieprawdaż? Powiem ci szczerze, Bereniczko, że zupełnie nie rozumiem, dlaczego Bruno kupił ten dom. Gdy mnie zatrudniał, spodziewałam się żony i gromadki dzieci – no wiesz, ludzi, którzy wypełnią tę przestrzeń… Tymczasem jest tylko on. I to nawet nie do końca. Rozumiałabym tę kuchnię i spiżarnię, gdybym chociaż miała dla niego codziennie gotować – tymczasem on obiad je tutaj… Raz na miesiąc? Może nawet rzadziej? Dlatego nie kupuję produktów na zapas, bo wiem, że nie ma sensu. I ta wielka przestrzeń – tak samo zresztą jak lodówka – stoi odłogiem… Także, Bereniczko, będziesz w sumie pierwszą osobą, która zrobi w tej kuchni coś wielkiego i tchnie w nią życie. Może to odmieni jej los?

Melania mówiła wesołym tonem, ale Berenika widziała, że jest jej smutno – i doskonale ją rozumiała. Sama nie chciałaby, aby ta wspaniała przestrzeń tylko się kurzyła, ale nie miała na to większego wpływu. Pamiętała, że Bruno kupił dom niecałe dwa lata temu, twierdząc, że w mieszkaniu jest mu zbyt ciasno. Zapraszał ją nawet na parapetówkę, ale w ostatniej chwili szef kazał jej stawić się do pracy i finalnie nie pojawiła się na imprezie. Gdyby nie znała Nowaka lepiej, myślałaby wtedy, że się na nią za to obraził, ale wiedziała, że ma dużo pracy i dlatego nie odzywał się potem do niej długi czas.

– W mieszkaniu mu zbyt ciasno, w domu luźno – stwierdziła filozoficznie, zabierając z półki opakowanie mąki. – A ja się muszę się wziąć do pracy. Czeka mnie długi dzień…

***

Dochodziła dwudziesta pierwsza, ale Berenika nie czuła upływającego czasu. Trzy godziny wcześniej odesłała do domu Melanię, która poinstruowała ją w jaki sposób zamknąć za sobą drzwi i włączyć alarm, jakby Bruno nie zdążył wrócić, zanim skończy. Klucze, które otrzymała od gospodyni za błogosławieństwem Nowaka, leżały teraz na dnie jej torebki; miała mu je oddać przy najbliższej okazji.

Podśpiewując pod nosem stary przebój Bajmu, wyjmowała właśnie z ogromnej, dwudrzwiowej lodówki duży, trzypiętrowy tort w kolorze miętowym. Błogosławiła w myślach projektanta, który wymyślił wyjmowane półki – inaczej nigdy nie udałoby się jej włożyć ciasta do środka. Postawiła swoje dzieło delikatnie na blacie wyspy i sprawdziła, czy jest stabilne. To była czasochłonna praca: upieczenie trzech biszkoptów, wystudzenie ich i podzielenie na blaty; zrobienie kremu, staranne przełożenie nim biszkoptów, a następnie kilkugodzinne chłodzenie w lodówce, aby się ustabilizował; wreszcie nakładanie masy cukrowej na każdy krążek z osobna, ustawianie całej konstrukcji i, w końcu, ponowne chłodzenie. Teraz nareszcie, kiedy już piętra zdawały się być nierozerwalnie ze sobą połączone, nadeszła pora na najtrudniejszą część: zdobienie.

Berenika nie miała pojęcia, jakie są wymagania Bruna w tej kwestii. Gdy przedwczoraj dzwoniła do niego z pytaniem, w jaki sposób udekorować tort, poprosił, aby sama coś wymyśliła, gdyż – jak twierdził – nie znał się na tych sprawach. Nie chciała jednak serwować mu czegoś byle jakiego albo – co gorsza – obscenicznego, więc zdała się na własną intuicję. Zapytała tylko o jego ulubiony kolor.

Przed nią, na blacie tuż obok misy z robota kuchennego wypełnionej lukrem królewskim, leżały liście, egzotyczne kwiaty i młode gałązki – wszystkie z masy cukrowej, każde jedno spod jej ręki. Nie mając czasu do stracenia, zabrała się za przyklejanie ozdób. Dała upust swojej artystycznej duszy i, podśpiewując cicho kolejne utwory Beaty Kozidrak, dekorowała tort.

Gdy skończyła, odsunęła się od blatu i przez chwilę przyglądała krytycznie swojemu dziełu. Sztuczne rośliny, które wyglądały jak żywe, wiły się na trzech piętrach, dając surrealistyczne wrażenie. Zastanowiła się, czy nie przesadziła. Tort był niesamowity… Ale czy odpowiedni na imprezę dla celebryty?

– Piękny – Berenika podskoczyła, słysząc za plecami głos Bruna.

Nawet się nie zorientowała, kiedy przyszedł – pochłonięta pracą, nie usłyszała trzasku zamykanych i otwieranych drzwi ani kroków na korytarzu. Miała zamiar odwrócić się do niego, ale poczuła jego rękę na plecach i ciepło jego ciała tuż przy swoim. Do jej nozdrzy dobiegł specyficzny zapach, jego zapach, którego nie potrafiła do końca zidentyfikować… Przywodził jej na myśl miejsce, które z pewnością było stare i zakurzone, ale też dostojne i miało w sobie pewną magię; mieszał się z wonią perfum, które najwyraźniej Nowak niedawno musiał zmienić, bo nigdy wcześniej od niego czegoś takiego nie czuła… A może jej się wydawało?

Zadrżała, po raz kolejny zdając sobie sprawę z jego bliskości. Co on wyprawia?

– Nie słyszałam, jak przyszedłeś – powiedziała cicho, odchrząknąwszy najpierw, czując suchość w gardle.

Nie widziała jego twarzy, ale mogła przysiąc, że się uśmiechnął.

– Oj, Beciu… Byłaś tak pochłonięta, że syrena strażacka by cię nie wytrąciła z transu, a poza tym, nie chciałem przeszkadzać, bo byłem ciekaw, czy jednak spadnie na ciebie ten złoty deszcz…

Zachichotała. Nie mogła się powstrzymać – chciała go ofuknąć za to, że znów nazwał ją tym dziecinnym przezwiskiem i przecież powinna być zażenowana tym, że stał się świadkiem jej żenujących umiejętności wokalnych… Tymczasem, zamiast zagniewać się czy najeść wstydu, poweselała. Przez myśl przebiegło jej, że to chyba zmęczenie daje się w ten sposób we znaki.

– Jestem pod wrażeniem, po raz pierwszy w życiu powiedziałem coś, co cię rozweseliło. Starzejesz się, Stefaniak – rzucił Bruno, jakby doskonale rozumiejąc jej stan ducha. – Kto wie, może powinienem wykorzystać ten twój nastrój? – dodał po chwili zastanowienia, jednak tym razem uśmiech zniknął z jego słów, za to każde kolejne słowo wypowiadał ciszej, trochę niższym głosem; ostatni wyraz wręcz wyszeptał prosto do ucha, a jej szyję owinął jego ciepły, miętowy oddech…

Zadrżała na tę pieszczotę i poczuła dziwną słabość; również i jej minęła wesołość, a zamiast niej pojawiło się dziwne napięcie. Spojrzała na tort stojący przed nią na blacie i poczuła, że ręce Bruna obejmują ją w pasie. Przesunął delikatnie palcami po jej talii, jakby testując jej reakcję, a ona znów mimowolnie zadrżała. Co się ze mną dzieje, do cholery?!

Było już ciemno; przez wielkie, sięgające podłogi okna nic nie było widać, poza kilkunastoma delikatnie świecącymi punktami, które musiały być lampkami ogrodowymi poustawianymi na trawniku. W kuchni panował półmrok; żyrandol na suficie dawał zimne, białe światło, dlatego też wcześniej go wyłączyła, zdając się jedynie na ledy umieszczone pod szafkami i podświetlające wyspę, które miały przyjemną, ciepłą barwę. Te punktowe światła nad blatem w zupełności wystarczyły jej, gdy dekorowała tort – teraz jednak, gdy znalazła się w kuchni z Brunem sam na sam, nagle pożałowała, że zrezygnowała z żyrandola. To było dziwne uczucie, być w jego domu, wieczorem, w tak intymnie oświetlonym pomieszczeniu, z nim przy boku… Jego ręce na jej talii, na szyi ciepły oddech, na plecach dotyk jego twardego i rozgrzanego torsu…

Minęły wieki, odkąd ostatni raz była w związku; nie żeby jej dwudziestoczteroletnie życie obfitowało w miłosne uniesienia. Tkwiła jednak w przekonaniu, że zdążyła wyrosnąć z romantycznych farmazonów i nie kwapiła się, aby szukać miłości. Było jej dobrze, tak jak było – z pracą, dumą i upartym dążeniem do tego, aby jej nazwisko w cukierniczym świecie wreszcie coś znaczyło. Wiedziała, że bardzo powoli zmierza w kierunku realizacji tego marzenia, ale wierzyła, że pewnego dnia je spełni; wystarczy tylko determinacja. W planach nie było ani mężczyzny, ani związku, ani miłości. Teraz jednak, stojąc w tej intymnie oświetlonej kuchni, czując ten obezwładniający zapach i ciepło męskiego ciała, nagle zapragnęła, by i dla nich znalazło się miejsce w jej życiu. Przeraziła się tego pragnienia i chciała wyrwać, ale było za późno. Usta Bruna dotknęły delikatnie boku jej szyi, a w niej coś wybuchło.

Poczuła, że serce gwałtownie przyspiesza; w uszach słyszała pulsowanie własnej krwi, a wszystkie myśli rozpierzchły się, pozwalając jej odczuwać tylko czystą, niczym zmąconą przyjemność. Bruno, nie natrafiając na opór, jeszcze mocniej objął ją w pasie i po raz kolejny obdarzył jej szyję pocałunkiem. Stała się całkiem bezwładna w jego ramionach, rozczulona jego delikatnością i ostrożnością; każdy jego gest był pytaniem o to, czy może, a przecież mógł, oczywiście, że mógł…

Nie mógł!

Berenika odskoczyła od niego gwałtownie, czując, jak policzki jej płoną. Przecież to Bruno! Syn jej miłego, starszego sąsiada, którego znała od trzech lat, a do tego celebryta i playboy! Każdy z tych czterech aspektów wykluczał możliwość, aby stał się dla niej kimś więcej niż tylko znajomym, a co dopiero wszystkie naraz skumulowane! Poza tym, to był Bruno – Bruno, o którym nigdy nawet nie pomyślała, że mogłaby, że mogłaby…

Wspiąć się na palce, włożyć ręce we włosy, doszczętnie niszcząc tę marną karykaturę kucyka i całować, całować, całować…

Potrząsnęła gwałtownie głową, ale myśli nie chciały wyparować z jej głowy. Wpatrywała się teraz w niego, wciąż czując słabość w nogach. Obserwował ją z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale jego oczy zdradzały wszystko; to dziwne, bo była przekonana, że są niebieskie, jak u jego ojca, tymczasem teraz płonął w nich zielony żar, który spalał ją od środka i hipnotyzował. Pierwszy raz w życiu nie pomyślała, że ten jego mini-kucyk i loki wyglądają niechlujnie, pierwszy raz nie skrzywiła się na widok jego nieogolonej twarzy, pierwszy raz widziała go z takim głodem w oczach, który dodatkowo powodował, że skręcały się jej wnętrzności.

Co było prawdą? Nie była już tego pewna.

Nie wiedziała, czy Bruno, którego widywała od trzech lat jest faktycznie tym samym facetem, który stał teraz naprzeciwko niej; a jeśli nie, to który z nich był prawdziwy? Ten zawadiacki, lekko kpiący, drażniący się z nią, ale traktujący ją po koleżeńsku, czy ten delikatny, ale stanowczy, ostrożny, ale wciąż niesamowicie męski, z ogniem w oczach, z którym nigdy nie powinien patrzeć na swoją koleżankę?

Odkryła, że żadna z tych dwóch opcji jej nie odpowiada.

Tymczasem on, jakby rozumiejąc walkę, która w niej trwa, podniósł ręce do góry na znak poddaństwa i uśmiechnął się życzliwie. W tym geście zawarł wszystko: przeprosiny i obietnicę, że nie zrobi nic wbrew jej woli; zapewnienie, że nie powinna się go obawiać, bo wciąż jest tym samym facetem, co tydzień temu.

– Jestem trochę zmęczony – powiedział spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. – Nie zrobiłem nic, na co byś mi nie pozwoliła, Beciu. Wiesz, że nie zrobiłbym ci krzywdy. Nie powiem, że żałuję i nie będę przepraszał, jak w tych wszystkich pieprzonych komediach romantycznych, w których grałem, bo wcale nie jest mi przykro. Wręcz przeciwnie, powtórzyłbym to i zrobiłbym wiele więcej – uśmiechnął się po raz kolejny. – Ale jeśli ty nie chcesz, to dla mnie też jest w porządku.

Wiedziała, że mówi prawdę i dlatego odetchnęła z ulgą. To był wciąż Bruno, którego znała. Po prostu do tej pory nie była świadoma tego, że on widzi w niej kobietę – ale dopóki nie odwzajemniała jego uczuć, była bezpieczna. Nie rozumiała wprawdzie, dlaczego ta myśl nie przyniosła jej ukojenia, ale nie chciała się nad tym roztrząsać.

– Wiem, Bruno. Wszystko w porządku. Ja też jestem zmęczona… – próbowała zmienić temat i rozglądała się po kuchni; prawie się uśmiechnęła, gdy jej wzrok padł na jadalne dzieło sztuki stojące na blacie. – Schowasz tort do lodówki? Nie może tak stać.

Posłusznie sięgnął po ciasto i ruszył z nim do chłodziarki. Włożył je do środka, ale zanim zamknął drzwi, wpatrywał się w nie przez chwilę, by następnie zwrócić na nią swój roziskrzony wzrok.

– Jest naprawdę piękny, Bereniko. Dziękuję.

Poczuła, że znów traci kontrolę, słysząc jego miękki, cichy głos. Zrozumiała, że wobec tej właśnie odkrytej strony Bruna jest bezradna, ale nie mogła mu tego pokazać. Nie chciała dołączać do grona eks-dziewczyn popularnego aktora; pragnęła od życia czegoś więcej. A związek z kimkolwiek teraz, a już zwłaszcza z nim, tylko pokrzyżowałby jej plany.

– Pamiętaj, że cię zapraszam na jutro – powiedział cicho do jej ucha kilkanaście minut później, gdy ją przytulał na pożegnanie.

Pozwoliła mu się objąć, naiwnie sądząc, że założona kurtka zniweluje uczucie ciepła, które powodowała w niej jego bliskość. Nic z tego; dotarło ono prosto do jej serca, powodując drżenie, którego do niedawna nie czuła.

– Pamiętam. Będę – wyszeptała, po czym wyszarpnęła się z jego uścisku. – Dobranoc – powiedziała jeszcze i uciekła w noc, gdzie czekała na nią zamówiona przez niego taksówka.

Długo jeszcze wpatrywał się za nią w ciemność, próbując poradzić sobie z uczuciami, które nim targały. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, gdy zrozumiał – bo byłby ślepy, gdyby tego nie zauważył – że jednak nie jest jej obojętny. Teraz już będzie z górki, przemknęło mu przez myśl. Teraz już będzie łatwo…

NASTĘPNY ROZDZIAŁ

POPRZEDNI ROZDZIAŁ

***

Nawet nie wiecie, ile wersji miała druga część rozdziału. Ale w końcu wyszła mi tak, jak chciałam. <3

Jak Wam się podoba nowa szata graficzna? Przyznam, że męczyłam się z nią dłużej, niż zakładałam – bo w trakcie musiałam całkowicie zmienić koncepcję, ale tak to jest, gdy pisarka i programista backendowy biorą się za wordpressowy frontend. 😀 W każdym razie jestem bardzo zadowolona. Jest mój ukochany fiolet, który dobrze charakter mojego bloga, no i jest też Kicia – mój ukochany wyróżnik. <3 Jednak pozostaje jeszcze jedna sprawa – gdyby ktokolwiek miał problemy z czytelnością, proszę dać znać! Przetestowany na dwóch laptopach i dwóch smartfonach szablon wygląda w porządku – ale, jak wiadomo, każda matryca jest inna, więc w razie problemów, proszę śmiało zgłaszać.

Tradycyjnie, na koniec, przypominam o mojej stronie na Facebooku – ostatnio, z powodu zmian w szablonie, nie byłam w stanie opublikować zapowiedzi, ale to była wyjątkowa sytuacja. Tak więc – zapraszam! 🙂

Do napisania!

Oryginalne zdjęcie: Freestocks.

Pisarka amatorka, dziennikarka, prawie pani inżynier informatyk; kociara, miłośniczka planszówek i gier logicznych, świeżo upieczona pasjonatka katastrof lotniczych. Na tym blogu dzielę się swoimi historiami i światami, czerpiąc z tego dużo radości. Usiądź na chwilę, przeczytaj i pozwól mi dać Ci kolejne życie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry